Singapur – część 5, czyli jak smakuje coś, co pachnie jak dwutygodniowy topielec i jak się je po ciemku

Nie wszystkiego dane mi było spróbować. Sos sojowy zagęszczany pszenicą to praktycznie podstawa lokalnej kuchni. Dziwnie wyglądające potrawy omijałam szerokim łukiem, tak dla bezpieczeństwa. Nie ominęłam jednak owocu o nazwie durian. Tego, którego nie wolno wnosić do metra.

Durian, jak wygląda, widać na załączonym obrazku. Duży (nawet 3-4 kilo), z dosyć twardą, pokrytą kolcami łupinką. Wewnątrz znajduje się żółtawy miąższ o powalającym zapachu skarpet. Nigdy nie zmienianych. Zwisających ze stóp topielca. Dryfującego w ściekach. Od co najmniej dwóch tygodni.

Smakuje znacznie lepiej. Jest przysmakiem małp i ludzi. Na straganach można kupić całe owoce lub gotowe do spożycia porcje. Można też znaleźć liczne łakocie o smaku duriana. W tym lody. Tych ostatnich, w połączeniu z lodami o smaku zielonej herbaty, zostałam fanką.

Zostałam też ogromną fanką restauracji o nazwie NOX. Jest to miejsce, w którym kelnerami są osoby niewidome lub niedowidzące. Kolacja w NOX to nie tylko przepyszne jedzenie z kategorii kuchni fusion, ale też doświadczenie całkowitej ciemności.

Po przejściu przez oświetloną recepcję i powitalnym drinku w również oświetlonym barze po gości przychodzi kelner. Uczepieni kelnera i siebie nawzajem, tworząc coś w rodzaju ludzkiej ciuchci, wchodzimy na zupełnie ciemne piętro. Tam po omacku siadamy przy stoliku i również po omacku zapoznajemy z rozłożeniem rzeczy na stole. Kelner podaje nam drinki wprost do dłoni, a jedzenie stawia przed nami i używając tarczy zegara objaśnia, na której godzinie mamy szukać przystawek, etc.

Pomijając bardzo smaczną kolację, doświadczenie jest niesamowite. Na początku trochę straszne – nie zdajemy sobie sprawy jak trudno jest wykonać najprostszą czynność, kiedy nie widać zupełnie nic. Nabranie jedzenia na widelec, odstawienie szklanki czy choćby zorientowanie się, z której strony weszliśmy do sali. Kiedy trochę oswajamy się z sytuacją, zauważamy, że wszystkie pozostałe zmysły lekko się wyostrzają. A po powrocie z kolacji przez bardzo, bardzo długi czas na nic nie narzekamy i bardzo, bardzo cieszymy się na każdy widok ukazujący się nam rano po otworzeniu oczu. Choćby budzika.

Reklamy

4 thoughts on “Singapur – część 5, czyli jak smakuje coś, co pachnie jak dwutygodniowy topielec i jak się je po ciemku

  1. Byłam w Singapurze w latach 90′ i zakochałam się w tym mieście. Miesiąc temu była tam służbowo moja córka i napisała- „mamo, odkochałabyś się teraz, tamten Singapur a ten, to dwa różne miasta, z trudem rozpoznawałam dawne miejsca.” Poza tym trafiła na resztki zadymienia z pożarów sumatrzańskich, co nie było miłe.
    To jedzenie w ciemności jest ostatnio bardzo modne- u nas też są organizowane takie spotkania w ciemności.
    Miłego,;)

    1. Och, to w latach ’90 musiało być nieziemsko! Widać mi mniej do szczęścia potrzeba, bo wróciłam zachwycona :) no ale nic mi nie dymiło jak tam byłam w sierpniu (lekki poślizg blogowy). Pozdrawiam!

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s