Singapur – część 1, czyli jaram się Daleką Azją

Z wyjątkiem hinduskiej dzielnicy, w Singapurze podobało mi się wszystko.

Understatement.

Z wyjątkiem hinduskiej dzielnicy, wszystko w Singapurze wprawiało mnie w stan ekstazy.

Tropikalna zieleń, ciepłe deszcze, znakomita organizacja transportu miejskiego, przyjazna pieszym infrastruktura, bezpieczeństwo, a przede wszystkim parki i tereny rekreacyjne.

I oczywiście mieszkańcy.

Mieszkańcy dalekiej Azji od zawsze wzbudzali moją ciekawość, a od kilku ładnych lat żyję w przekonaniu, że tak naprawdę to Kosmici (lub cyborgi zaprojektowane przez Kosmitów). Dzięki kanałom Arirang (południowokoreański) i NHK World (japoński) jestem w miarę na bieżąco z ichniejszymi wydarzeniami, dużo wiem o pracy tokijskich weterynarzy, poluję na angielskie tłumaczenie książki pewnego Koreańczyka i wiem z jakimi problemami zmagają się rybacy z okolicznych wysepek.

Singapur to państwo-miasto kosmopolityczne, składające się głównie z pochodnych Chińczyków i Malezyjczyków, masowo odwiedzane przez turystów z krajów bliższych i dalszych, miejsce idealne by zaspokoić mój daleko-azjatycki głód.

Trochę trudniej było z tym głodem faktycznym, bo ta część świata, chociaż wysoce rozwinięta, raczej uboga jest w ludność nietolerującą glutenu, co wiąże się z pewnymi żywieniowymi komplikacjami.

Tym przydługim wstępem próbuję powiedzieć, że dwutygodniowy pobyt w Singapurze to jeden z najbardziej udanych wyjazdów na jakich do tej pory byłam.

Zacznijmy od hotelu. Park Royal przy Pickering to balsam dla zmęczonych pustynnym piaskiem oczu, gdzie zieleń dosłownie wylewa się z tarasów. Położony pół godzin spaceru do Mariny i rzut beretem od Chinatown.

Na rogu odkryliśmy restaurację sushi spełniającą wszystkie kryteria daleko-azjatyckiej knajpy: zamówienie składa się przy pomocy tabletów, stolik wyposażony jest w kranik z wrzątkiem i kubełek z proszkiem matcha zapewniającymi dowolną ilość dolewek zielonej herbaty, plastry imbiru spoczywają w godziwych rozmiarów słoiczkach, a gotowe jedzenie przyjeżdża do nas pociągiem i robi bip bip.

Że co?! Już wyjaśniam.

Stoliki w restauracji ustawione są rzędami. Każdy rząd ma z jednej strony przejście (dla jednego z dwóch kelnerów, nie mających do roboty nic, poza ew. uzupełnianiem np. słoiczków z imbirem), a z drugiej ciągnącą się wzdłuż całego rzędu ściankę działową. Owa ścianka ma dwie półki, które zostały przerobione na tory. Po tych torach jeździ pociąg i serwuje sushi. Wyjeżdża ze stacji początkowej, tj. kuchni do której dochodzi ścianka działowa, a na podstawie identyfikatora tabletu, rozpoznaje z którego stolika przyszło zamówienie. Po zdjęciu talerzyków z przyczepki pociągu, wciskamy guzik odsyłając posłańca z powrotem.

Po skończonym posiłku, talerzyki wrzucamy do wbudowanego w stolik zsypu. Na tablecie sprawdzamy rachunek, zatwierdzamy, a kiedy dochodzimy do kasy, transakcja już czeka na naszą gotówkę lub kartę. I tym sposobem, na sali liczącej na oko trzydzieści stolików pracują trzy osoby, nie licząc zaplecza kuchennego oczywiście. Nie zdziwiłabym się, gdyby i tam część kucharzy zastąpionych została jakąś elektroniką.

Brak ludzkiego interfejsu i dogadywanie się z automatami to temat na oddzielny post.

Na zakończenie nie wnoszącej zbyt wiele do banku wiedzy geograficznej notki wspomnę o herbacie. Hotelowej herbacie. Jeśli traficie kiedyś na herbatę singapurskiej firmy Gryphon Tea Company, bierzcie garściami i pakujcie po kieszeniach. Jeśli będziecie świadkami pożaru, a ktoś obok powie „jaka szkoda, w budynku została paczka herbaty Gryphon Tea Company”, bierzcie rozpęd i szturmujcie płonące wnętrze nie wahając się ani chwili. Jeśli będziecie mieć wybór: dwadzieścia bilionów dolarów amerykańskich, paszport i adres w wolnym od podatków miejscu, w którym pada, jak macie ochotę sobie poczytać i świeci słońce, kiedy wybieracie się na basen lub torebka herbaty Gryphon Tea Company – wiecie co wybrać.

Reklamy

6 thoughts on “Singapur – część 1, czyli jaram się Daleką Azją

  1. Nic tylko się pakować ;-). Lichy ze mnie pijacz herbat, więc liczę na to, że TA, za którą tak bardzo muszę skakać w ogień – jest bardziej magiczna, niż sama magia ha ha.

    Sushi podawane pociągiem brzmi zachęcająco. Ach, ta elektroniczna Azja! Ja też bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że w kuchni też robią roboty. Byle tylko… żarcie nie było z tableta!

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s