Smak dubajskiej przygody

Mój blog znowu pokryła gruba warstwa kurzu. Po cyfrową ścierkę sięgnęłam dzięki projektowi „Bajki Tysiąca i Jednej Polki” Klubu Polki na Obczyźnie – wirtualnej inicjatywie zrzeszającej blogujące emigrantki. W ramach tego projektu każda z uczestniczek pisze bajkę, którą dedykujemy dwóm jak najbardziej realnym dziewczynkom. Alicja i Karinka obecnie nie mają możliwości by podróżować, dlatego zabieramy je w baśniową podróż po świecie z dziecięcych snów. Wstęp jest wspólny dla wszystkich bajek. Cała reszta – tak różna, jak różne jesteśmy my, klubowiczki. Wszystkie powstałe do tej pory bajki można znaleźć pod na stronach Klubu. Zapraszam do lektury! :)

***
„Istnieje mapa bez krańców świata – są na niej wszystkie kontynenty, miasteczka i wsie, ale jako że zawieruszyła się w bibliotecznym dziale baśni, nabyła magicznych cech: jeśli się na niej stanie, potrafi porwać ze sobą w najbardziej odległe miejsce.

Byli tacy, którzy próbowali przedostać się mapą na skróty na Wielką Rafę Koralową u brzegów Australii,na szczyty Himalajów, a nawet do sklepu obuwniczego dwie przecznice dalej. Te próby jednak kończyły się fiaskiem, bo żaden ze śmiałków nie odkrył, że na wyprawę mogą wybrać się tylko dzieci. Czternastoletnia Ala i jej ośmioletnia siostra Karina poznały także inny sekret mapy – nie da się nią podróżować w pojedynkę. Dziewczynki dobrze wiedzą, że trzeba razem usiąść na wygniecionym papierze i mocno złapać się za ręce i dopiero wtedy otworzy się przed nimi droga. Dokąd tym razem? Jak zwykle tam, gdzie ktoś na tę dwójkę będzie czekał. Tak jak tutaj.”

Bajka 32.

Tego dnia dziewczynki odkryły, że mapa jest nie tylko magiczna, ale również bardzo precyzyjna. Droga, którą otwiera, prowadzi dokładnie do miejsca, w którym podróżujący chcieliby się znaleźć. Natomiast jeśli miejsce nie zostanie sprecyzowane, mapa pozwala sobie na pewną swobodę w wyborze lokalizacji. Dla przykładu, dawno temu na słowa „chcielibyśmy znaleźć się w Warszawie” magiczny przedmiot przeniósł dwóch wypowiadających je śmiałków na tylne siedzenie samochodu o tej samej nazwie, zaparkowanego na obrzeżach Krakowa.
Z drugiej strony, jeśli podróżnik precyzyjnie określi lokalizację, mapa zrobi wszystko co może, a może bardzo dużo, żeby umieścić wędrowca dokładnie tam, gdzie sobie tego zażyczył. To właśnie stało się powodem, dla którego pierwszym wypowiedzianym w Dubaju przez dziewczynki słowem było: ojejej.
– Ojejej – krzyknęła Ala, kurczowo ściskając iglicę drapacza chmur.
– Ojejej – zawtórowała Karinka, obejmując iglicę równie mocno i jednocześnie niepewnie zerkając na swoją siostrę.
Do tej pory to starsza, a co za tym idzie bardziej opanowana Ala wymawiała nazwę docelowego miejsca podróży. Tego dnia jednak, ujęta entuzjazmem Karinki odstąpiła od zaszczytu na rzecz podekscytowanej młodszej siostry. A Karinka chciała zacząć zwiedzanie Dubaju od „wejścia na Burj Khalifa, najwyższy budynek świata”. Na.
źródło: nationalgeographic.com
Zaczepione na samym szczycie liczącego osiemset dwadzieścia osiem metrów drapacza chmur dziewczynki rozważały co zrobić i jak mapa, ściśnięta pomiędzy nimi, a powierzchnią budynku, może pomóc, gdy naraz wydarzyło się kilka rzeczy. Zerwał się wiatr. Widok na to co pod i obok dziewczynek przysłoniło nawiane kłębowisko chmur. Zza mgły wydobyło się kolejne ojojoj, ale nie należało ono ani do Ali, ani do Karinki. Na szczycie Burj Khalifa pojawił się ktoś jeszcze.
– Dzień dobry paniom – odezwał się przybysz. – Piękny dzień na dyndanie na szczycie drapacza chmur.
Pomiędzy Alą i Karinką znajdowała się teraz osobliwa postać, tak samo jak one ściśle przylegająca do strzelistego szczytu Wieży Khalify (tak tłumaczy się nazwę budynku). Była mniej więcej tego samego wzrostu co Karinka. Ubrana w krótkie spodenki i T-shirt, wyposażona w zawieszoną na szyi lornetkę, plecak i okulary, z których tylko jedno szkło było przyciemniane, nie miała butów. Wyglądem przypominała… chomika. Przerośniętego chomika-globtrotera.
Młode podróżniczki najchętniej przetarłyby ze zdumienia oczy, nie odważyły się jednak puścić kurczowo trzymanej iglicy. Nie prawie kilometr nad ziemią.
– Czy jesteśmy tu sami? – zapytał chomik-globtroter. W oczekiwaniu na odpowiedź przekręcał głowę na zmianę to w stronę jednej, to drugiej z dziewczynek. Nie doczekawszy się reakcji ponaglił: – No i? Jesteśmy tu sami?
Pierwsza głos odzyskała Karinka. Wyjaśniła, że może nie znajdują się w najwygodniejszej pozycji, ale na pewno są w bardzo dobrym punkcie obserwacyjnym i z tych obserwacji wynika, że są tam tylko we troje.
– Kogo jeszcze spodziewałeś się tutaj zastać? – Ala w końcu zabrała głos. Z natury mówiła mniej i ciszej, niż jej młodsza siostra, zadawała też mniej pytań.
Chomik-globtroter zachichotał nerwowo.
– Eee… yyy… dawnego znajomego – odparł niepewnie i przytknął lornetkę do okularów. Rozejrzał się dookoła, zerknął w dół i w górę i odetchnął z ulgą. Faktycznie byli tam tylko we troje. Zmieniając temat, zapytał: – Drogie panie, czy jeśli już nacieszyłyście się widokiem, mogę zaprosić was na lody?
Oczy Karinki rozbłysły. Ala uśmiechnęła się na myśl o zmianie lokalizacji. Szczyt najwyższego na świecie budynku był świetną, ale mało wygodną miejscówką.
Tym razem nie czekając na odpowiedź, chomik-globtroter chwycił dziewczynki obydwiema łapami i swoim ciężarem pociągnął je w dół. Oderwana od iglicy Ala zdążyła chwycić mapę, ale nie starczyło jej czasu aby krzyknąć, bo w tej samej chwili wszyscy troje znaleźli się na miękkiej sofie, w miejscu, które było niczym innym, jak lodziarnią z widokiem na morze.
Lody, które przed nimi postawił można było znaleźć tylko w Dubaju. Waniliowe z dodatkiem najcenniejszego irańskiego szafranu i włoskich trufli czarnozarodnikowych (to jedne z najdroższych na świecie grzybów, z których robi się przyprawę). Posypane jadalnym dwudziestu-cztero karatowym złotem. Wspólne jedzenie deseru zaowocowało nie tylko okrzykami zachwytu („Wspaniałe! Wspaniałe!” wołał chomik-globtroter), ale również lepszym poznaniem się całego towarzystwa.
Towarzysz dziewczynek dowiedział się, że młodsza z nich, o ciemnych włosach i krótkiej fryzurze, to Karinka. Tak samo jak on uwielbia słodycze. Starsza, nosząca włosy dużo dłuższe i dużo jaśniejsze, to Ala. Najbardziej ze wszystkiego lubi odkrywać nowe miejsca, kultury, poznawać ludzi i… od teraz również chomikopodobne osobistości.
Dziewczynki dowiedziały się, że chomik-globtroter nie jest chomikiem, tylko dżinem, że ma na imię Tutku, że jest podróżnikiem i poszukiwaczem nowych smaków pod warunkiem, że są one słodkie. Że podróżuje pomiędzy równoległymi światami. Że był w Dubaju już wiele razy i że chętnie pokaże im to miasto, ale muszą się już zbierać, bo nie jest dobrze przebywać w jednym miejscu zbyt długo, bo wtedy może znaleźć go jego dawny znajomy. Z wyjaśnienia, co byłoby w tym złego zręcznie wywinął się dżinowską mocą transportując dziewczynki do różnych punktów miasta.
Odwiedzili Ski Dubai – kryty wyciąg narciarski, gdzie zjeżdżali na snowboardzie, karmili pingwiny i ulepili bałwana.

Indoor Ski in Dubai
By Banku (Own work) [CC BY-SA 3.0], via Wikimedia Commons
Ski Dubai Slope
By Filipe Fortes from New York, United States (Ski Dubai) [CC BY-SA 2.0], via Wikimedia Commons

Weszli do Lost Chambers – komnat z ogromnym akwarium, w którym pływa sześćdziesiąt pięć tysięcy morskich stworzeń (Tutku lekko zadrżał na widok ośmiornicy).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Spędzili kilka godzin na zjeżdżalniach w jednym z największych parków wodnych na świecie.

By skhakirov from Donetsk, Ukraine (Aquapark in Atlantis) [CC BY-SA 2.0], via Wikimedia Commons
By skhakirov from Donetsk, Ukraine (Aquapark in Atlantis) [CC BY-SA 2.0], via Wikimedia Commons
Posili się w jednej z restauracji w hotelu Burj Al Arab, nazywanym siedmiogwiazdkowym, chociaż gwiazdek ma pięć. W czasie obiadu Tutku opowiedział im o Dubaju, jego tubylcach i przyjezdnych rezydentach i o tym jak bardzo są zróżnicowani (mieszkają tu przedstawiciele wszystkich krajów świata!).eavd3Najedzeni, zabrali na drogę po kilka ligamat – malutkich lokalnych pączków robionych z dodatkiem jogurtu i kardamonu, polanych syropem daktylowym – i przenieśli się na przystań tradycyjnych łodzi nazywanych abra.9612242b88ee1c08aed8c0fd381e34edPłynęli po kanale w Madinat Jumeriah, kompleksie handlowo-rozrywkowym określanym mianem Małej Wenecji. To właśnie tam, postanowili zakończyć zwiedzanie najnowszej części miasta, powstałej po dwutysięcznym roku i przenieść się do starego Dubaju.
By Poco a poco (Own work) [GFDL or CC BY-SA 4.0-3.0-2.5-2.0-1.0], via Wikimedia Commons
By Peter Dowley from Dubai, United Arab Emirates (Madinat Jumeirah dhow) [CC BY 2.0], via Wikimedia Commons
By Alberto-g-rovi (Own work) [CC BY-SA 3.0 or GFDL], via Wikimedia Commons

Stara część, jak się okazało, nie jest bardzo stara, bo najdłużej stojący tam budynek pamięta jedynie koniec osiemnastego wieku, a i tak większa jego część musiała zostać odrestaurowana. Wszystko dlatego, że Dubaj leży w miejscu ubogim w materiały budowlane. Zanim nastąpiło gwałtowne ożywienie regionu związane z rozwojem portu (przybijały tu statki z Persji, Indii, i Afryki wschodniej), a dużo później odkryciem ropy, rdzenni mieszkańcy żyli w namiotach, lepiankach i w chatach zwanych arisz zrobionych z liści, gałęzi i pnia palm. W późniejszym okresie, najbogatsi zamieszkiwali w domach, których ściany budowano z wapna, muszli i koralowca. Nie był to trwały budulec i nawet te obiekty, które powstały pod koniec dziewiętnastego wieku, nie przetrwały do dnia dzisiejszego. Ku radości dziewczynek, okazało się, że spora część z tych zabudowań została odrestaurowana dokładnie tak, jak to wyglądało dawno, dawno temu. Jednym z takich miejsc była Bastakiya – stare osiedle powstałe na potrzeby irańskich kupców i rzemieślników, którzy przybycie wiąże się z rozwojem portowej funkcji Dubaju w dziewiętnastym wieku. Składa się ono z sześćdziesięciu budynków tworzących labirynt bardzo wąskich alejek.

Al Bastakiya-Dubai8878
By Poco a poco (Own work) [GFDL or CC BY-SA 4.0-3.0-2.5-2.0-1.0], via Wikimedia Commons
Al Bastakiya-Dubai8888
By Poco a poco (Own work) [GFDL or CC BY-SA 4.0-3.0-2.5-2.0-1.0], via Wikimedia Commons

Właśnie taką alejką spacerowała nasza trójka, gdy dobiegł ich rytmiczny odgłos stukającej o podłoże laski. Na początku nie zdawali sobie z niego sprawy, ale kiedy dźwięk stawał coraz bardziej wyraźny i coraz szybszy, stanęli nasłuchując, z której strony dobiega. Po chwili zobaczyli cień na ścianie pobliskiego budynku. Był ogromny i niekształtny. Wyglądał tak, jakby należał do kogoś, kto ma wiele nóg.
Dziewczynki były przyzwyczajone do przygód i otwarte na wszystkich. Nigdy nie dyskryminowały nikogo ze względu na inny ubiór, wygląd lub pochodzenie, nawet jeśli to był chomikopodobny dżin lub stwór z wieloma nogami. Prawdopodobnie dlatego nie poczuły zagrożenia, podczas gdy Tutku z przerażenia zrobił wielkie oczy, a ze zdenerwowania nie mógł chwycić ani Ali, ani Karinki, by je ze sobą przetransportować. Kiedy mu się w końcu udało, pojawili się w dawnym forcie Al Fahidi, w którym obecnie funkcjonowało muzeum Dubaju.
By Poco a poco (Own work) [GFDL or CC BY-SA 4.0-3.0-2.5-2.0-1.0], via Wikimedia Commons
Fort Al Fahidi był bardzo blisko Bastakiya, ale na razie musiał wystarczyć jako schronienie przed kimś, kto, jak Ala i Karinka się domyślały, był „dawnym znajomym” Tutka.
Weszli do ciemnej, podziemnej części muzeum i przykucnęli za jedną z ekspozycji obrazujących życie w Dubaju w połowie ubiegłego wieku – we wnętrzu prowizorycznego sklepiku siedziała kobieta i z palmowych liści wyplatała kosze.
Ala z zainteresowaniem oglądała ekspozycję i nie mogła się nadziwić, że jedno z najbardziej technologicznie zaawansowanych miast świata niespełna siedemdziesiąt lat temu nie miało telewizji, a ludzie żyli z tego, co udało im się złowić, zrobić lub zebrać.
Karinka, która nie lubiła siedzieć w jednym miejscu dłużej niż to konieczne, zaczęła rozglądać się za wyjściem.
Tutku trząsł się.
– Jeśli powiesz nam, przed kim i dlaczego uciekamy, może będziemy w stanie pomóc – zagaiła delikatnie Ala. Razem z Karinką stawiły czoła już wielu sytuacjom, a odwagi im nigdy nie brakowało.
– On… on… – Tutku zaczął chlipać – on chce mnie zjeść!
Chomikopodobny dżin rozpłakał się na dobre. Karinka sięgnęła do kieszeni, wyjęła z niej jeden ligamat i włożyła go do zalanego łzami pyszczka Tutku. Podziałało, bo chwilę później szloch ustał, a jego miejsce zajęły konkretne wyjaśnienia.
„Dawny znajomy” miał na imię Bazur i Tutku znał go od wczesnego dzieciństwa, kiedy to we dwóch uciekali z przedszkola dla małych dżinów i w ramach wagarów udawali się na poszukiwania nowych światów i nowych smaków. Bazur kosztował czego się dało, Tutku jedynie tego, co mogło być słodkie. Kiedyś zjedli pterodaktyla – Tutku tylko daktyla, znalezionego w przełyku dinozaura, Bazur – całą resztę. Przyjaciele dorastali, czasy się zmieniały, zaczęło brakować nowych światów i nowych smaków. Doszło do tego, że żądny nowych doświadczeń kulinarnych Bazur postanowił zjeść Tutku.
Na tę informację dziewczynki niepewnie spojrzały się po sobie. Jeśli Bazur zjadł dinozaurzyzne i ma chrapkę na dżinizne, czy przy okazji nie zechce skosztować… ludzizny?
Tutku zapewnił, że Ala i Karinka nie mają czego się obawiać. Bazur skosztował już człowieka – na początku ubiegłego stulecia zjadł zatwardziałego bandytę, złego do szpiku kości, co jak się okazuje ma przełożenie na ich smak. Nabawił się w ten sposób wstrętu do tego typu przekąsek.
Dziewczynki nie wiedziały jak pocieszyć ich przyjaciela. Ala sięgnęła po kolejny ligamat. Już miała wepchnąć go do pyszczka smutnego dżina, gdy coś przyszło jej do głowy. Mimo, że ligamat był podobny do pączków, które w domu smażyła razem z Karinką, to jednak smakował zdecydowanie inaczej. A to za sprawą użytych przypraw i dodatków, chociażby tych kilku kropli wody różanej i szczypty kardamonu. Przypomniało jej się też, jak Tutku mówił, że Dubaj przez długi czas funkcjonował jako miasto przede wszystkim portowe, gdzie przybijały statki płynące z orientalnymi towarami.
– Czy do Dubaju nadal przypływają dostawy przypraw z Indii i z Iranu? – zapytała.
Tutku spojrzał się na nią zdziwiony.
– Tak – chlipnął – ale czemu pytasz? Myślisz, że powinienem posypać się cynamonem, a w uszy włożyć trochę szafranu?
Karinka podchwyciła myśl siostry szybciej niż chomikopodobny dżin.
– Nie, Tutku, nie chodzi o doprawianie ciebie! Mając mnóstwo przypraw można stworzyć mnóstwo nowych smaków! Nieskończoną ilość smaków! Jak lody waniliowe z szafranem i sproszkowanym złotem! Jak ligamat – małe pączki nie do końca smakujące jak pączki!
Tutku chwycił dziewczynki i przenieśli się do Deira – dzielnicy Dubaju, w której znajdują się targi przypraw i złota. Zrobili tam spore zakupy: kora cynamonu, imbir, suszone limonki, anyż, kurkuma, pączki róż, szafran i wiele innych, w tym używany do wybielania prania barwnik indygo i naturalny pumeks. „Ale będzie kanapka!”, Tutku zacierał łapki.

By McKay Savage from London, UK [CC BY 2.0], via Wikimedia Commons
Dubais Spice Souks
By McKay Savage from London, UK (Dubai’s Spice Souks #1Uploaded by russavia) [CC BY 2.0], via Wikimedia Commons
By English: This image was authored by Christopher T Cooper (CT Cooper).. (Own work) [Public domain], via Wikimedia Commons
By Joi (http://www.flickr.com/photos/joi/2086743500/) [CC BY 2.0], via Wikimedia Commons

We troje znaleźli Bazura. Albo raczej pozwolili dać się znaleźć. Ku zaskoczeniu dziewczynek, okazał się on być elegancką ośmiornicą, z laseczką w jednej z macek i w kapeluszu. Ku jeszcze większemu zaskoczeniu okazał się być elegancką ośmiornicą wielkości banana. Nie mogły zrozumieć, jak ktoś tak mały może stanowić zagrożenie dla chomika wzrostu ośmioletniej dziewczynki, do czasu, aż Bazur rozwarł szczękę i próbował połknąć Tutku w całości. Szczęśliwie obie dziewczynki zwinnie i szybko chwyciły Tutku za tylne łapy i w ostatniej chwili wyciągnęły go z cały czas rozciągającej się jamy ustnej małej ośmiornicy. Po kilku kolejnych incydentach polegających na próbie połknięcia lub nadgryzienia w końcu udało się namówić Bazura na spróbowanie przygotowanego na targu specjału.
Plan zadziałał! Kanapka tak mu posmakowała, że zażądał kolejnych eksperymentów kulinarnych w wykonaniu Tutku, któremu bardzo to odpowiadało. Raz, że zmieniło się jego położenie względem talerza – serwowanie pasowało mu dużo bardziej, niż bycie serwowanym. Dwa, że tak naprawdę to tęsknił za przyjacielem z dzieciństwa i za wspólnie spędzanym czasem, kiedy ten nie próbował go zjeść.

Wszystkie te wydarzenia sprawiły, że Ala i Karinka poczuły się bardzo zmęczone i… głodne! Tutku wyściskał swoje bohaterki, na pożegnanie dał im przepis na ligamat i dziewczynki usiadły na mapie. Były bardzo ostrożne wymawiając adres swojego domu.

***

Jak wieść gminna niesie, Karinka, podobnie jak Tutku, bardzo lubi słodycze. Dla niej, dla Ali i dla wszystkich łasuchów zamieszczam przepis na ligamat – pączki jak nie pączki:

Składniki: 2 1/2 szklanki mąki, 1 łyżeczka suchych drożdży, 2-2 1/4 szklanki ciepłego mleka, 3 łyżki stołowe jogurtu, 3 łyżki stołowe mąki kukurydzianej, 1 łyżeczka wody różanej (opcjonalnie), 1 łyżeczka mielonego kardamonu, 1 łyżeczka octu, olej do smażenia, syrop z daktyli do obtoczenia.

Sposób przygotowania: Suche składniki wymieszać razem. Dodać jogurt i mleko i wymieszać. Ciasto nie powinno być ani wodniste, ani zbyt gęste. Odstawić do wyrośnięcia (ok. 30 min). Rozgrzać olej, łyżeczką nabierać ciasto i smażyć do osiągnięcia złocisto-brązowego koloru. Odsączyć z tłuszczu i nastychmiast zamoczyć w syropie z daktyli, tak by pokrył on powierzchnię pączków.

Smacznego!

Reklamy

3 thoughts on “Smak dubajskiej przygody

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s