Spontaniczne Kuala Lumpur

Pewnej październikowej środy Małż obudził mnie pytaniem, czy chcę w najbliższą niedzielę lecieć do Kuala Lumpur.

Pytanie do prawdy durne, żeby nie powiedzieć zbędne.

W pewną październikową niedzielę, zaraz po pewnej październikowej środzie, stawiliśmy się więc na lotnisku o pewnej problematycznej godzinie. Jej problematyczność polegała głównie na tym, że była to pora, o której równie dobrze można powiedzieć „sobota w nocy”, co „niedziela rano”, a jak Wam (nie) wiadomo, kwestie logiczno-semantyczne mają w zwyczaju dręczyć mnie strasznie. Przyjmijmy więc, że była to godzina tzw. nieludzka.

„Ludzki” był za to lot, bo miejsce obok mnie było wolne i rozwaliwszy się na trzech siedzeniach (głowa pod pachą Małża, odwłok na swoim, a nogi na sąsiednim siedzeniu) dotarłam do Kuala Lumpur.

Na miejscu przywitała na zieleń, wilgoć i próba zrobienia nas w bambuko przez taksówkarza.

Taksówkarza przywitała atrakcja w postaci głodnej, a jak głodnej to i drażliwej, w miarę doświadczonej turystki, o której będzie opowiadał wnukom podczas halloweenowych wieczorów, przy blasku świec i ściszonym głosem.

Później mieliśmy jeszcze dwa dziwne doświadczenia z taksówkarzami – w obydwu przypadkach, wykłócali się o resztę. Niby nic nadzwyczajnego, ale oni wykłócali się, o to, żebyśmy wzięli nasze drobne, bo oni nie mają wydać i wolą pieniędzy wziąć mniej, niż więcej. Dwa przypadki nie stanowią jeszcze reprezentatywnej próbki, ale lubię myśleć, że to kualalumpurijscy (?!) taksówkarze, to taki oryginalny gatunek.

Następne trzy dni zleciały na zwiedzaniu i rozwiązywaniu kryminalnej zagadki, o której napiszę później, lub nie.

Najpierw były Batu Caves, czyli Jaskinie Batu. Jest to kompleks (jaskiń), w którym znajdują się świątynie hinduistyczne poświęcone Karttikeja – bogowi wojny. Do największej, tzw. Jaskini Katedralnej (lub Świątynnej) prowadzą cztery miliony pięćset trzy-stopniowe, niekończące się, &%^@$@ wysokie 272-stopniowe schody. Na otarcie łez pojawiających się mniej więcej w połowie drogi, turyści mają towarzystwo makaków. Dla widoku tych małpek, biegających między ludźmi, warto zaserwować sobie zakwasy w każdym centymetrze od talii w dół.

Warto też dla każdego ze 100 metrów wysokości Jaskini Katedralnej, dla okazji by zobaczyć obrządek hinduistyczny, dla rzeźb w skałach. Po prostu warto.

Z okolic Batu Caves pomaszerowałam na dworzec kolejowy, w końcu co to za przyjemność zwiedzać miasto z perspektywy taksówki. Włóczenie się ulicami, a nawet częściowe zgubienie ma swoje plusy.

Zanim się jednak zgubiłam, znalazłam chińską dzielnicę i market sprzedający made-in-china rękodzieło i różne przysmaki, z których nawet jeden okazał się bezglutenowy.

Plusem zagubienia w chińskiej dzielnicy może być odkrycie sklepu z herbatami. Wstąpiłam na chwile, wyszłam po ponad dwóch godzinach wzbogacona o lekcje parzenia i podawania zielonej herbaty.

A po wyjściu ze sklepu z herbatami potknęłam się o chińską świątynię.

Po drugiej stronie ulicy, lekko tylko na ukos od świątyni chińskiej, była kolejna hinduistyczna.

Tę troistą, chińsko-hinduistyczno-muzułmańską naturę ładnie oddaje dedykacja pod fontanną na przeciw pewnego centrum handlowego, które zapamiętam jako 1) miejsce, w którym karmiłam rybki martwym naskórkiem na stopach, oraz 2) miejsce z restauracją o bardzo nie przemyślanej nazwie.

Z owego centrum handlowego do hotelu było ok. 3km, z czego ponad 1km to naziemny tunel. Kryte wiadukty i tunele to zresztą bardzo popularne w KL rozwiązanie. Tak jak w Dubaju mamy dyktowany pogodą pomysł klimatyzowanych przystanków, tak w KL pora deszczowa podyktowała budowę dachów. Gdzie się da.

W jednym z takich przejść moją uwagę przykuły osamotnione torby i… naga lalka barbie z narysowaną hinduistyczną kropką na czole i chińskimi znakami wypisanymi na ciele. Do dziś zastanawiam się skąd/po co/kto/dlaczego.

Żeby nie było, po ulicach, bez dachu nad głową również chodziłam.

I na zakończenie zbiórka innych dziwactw i atrakcji. Piękne, ogromne akwarium, w którym udało mi się pogłaskać ogórka morskiego (to małe czarne coś). Przyjazny środowisku, wielokrotnego użytku bilet na metro w postaci plastykowego żetonu. Automat Hello Kitty. Restauracja w centrum handlowym serwująca koktajle mleczne „dla dorosłych”. To ostatnie mnie zaskoczyło, bo w końcu Malezja, to kraj oficjalnie muzułmański, a takich ulepszonych koktajli mlecznych w centrach handlowych nawet w naszej rozpitej Europie nie widziałam.

Reklamy

One thought on “Spontaniczne Kuala Lumpur

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s