Wstęp do morskich opowieści

Jak w poprzednim poście wspomniałam (albo myślałam, żeby wspomnieć), minione trzy tygodnie były obfite w wydarzenia. Tak obfite, że nie wiem od czego zacząć, przytrzymam się więc logiki i spróbuję od początku.

Słowem wstępu wspomnę, że między powrotem ze Stanów, a wylotem do Barcelony mieliśmy całe trzy dni postoju w Dubaju. Nie wiem czy selekcjonowanie brudnych ubrań, pranie, suszenie i składanie na czas ma szansę stać się kiedykolwiek dyscypliną Olimpijską, ale gdyby do tego doszło, nabrałam już wprawy, która stawia mnie na wygranej pozycji.

W Barcelonie znaleźliśmy się wczesnym popołudniem, po siedmiu godzinach lotu, ze skumulowanym brakiem snu z dni poprzednich oraz ciągnącym się od Kansas City jetlagiem. Mieliśmy tam spędzić tylko jedną noc, bo dnia następnego o godzinie jedenastej trzeba było się już stawić w porcie. W takich warunkach czas należy organizować sobie sprawnie.

W kilka godzin udało nam się obejrzeć Sagrada Familia – kościół projektu Gaudiego, chyba najbardziej rozpoznawalny element architektury tego miasta, dwa kolejne budynki spod ręki tegoż samego architekta położone przy alei Passeig de Gracia, oraz – uwaga, uwaga – zakupić muszkę i pas do smokingu, wieczorową suknię i szpilki.

Dodam, że zakupy zajęły nam więcej czasu niż zlokalizowanie, dotarcie i obejrzenie wspomnianych zabytków. Dubajska skaza/zakupowa zaraza? Nie.

Konieczność.

Otóż przed samym wylotem doczytałam, że na naszym rejsie będą trzy formalne wieczory. Niby w szafie wisi kilka mniej lub bardziej eleganckich „małych czarnych”, ale „małe czarne” nie klasyfikują się jako formalny strój, a już na pewno nie idą w parze ze smokingiem, w który to Małż już był szczęśliwie zaopatrzony.

Tak więc ruszyliśmy na poszukiwania brakujących elementów garderoby. Wydawałoby się, że zadanie znalezienia muszki i pasa, który jak wiemy zwie się pasem hiszpańskim, w Hiszpanii powinno być proste. Zwłaszcza na Passeig de Gracia. Otóż nie. O ile większość z popularnych designerów posiadała muszki, to były to muszki codzienne, a nie wieczorowe. Właściwą dopadliśmy dopiero w jakimś domu handlowym, który jednak nie miał do zaoferowania nic, w co bym chciała włożyć stopy. Po kolejnej godzinie łażenia, pełzając na rzęsach, znalazłam jednak buty idealne.

Tu info dla pań. Jeśli potrzebujecie szpilki, w których poza wyglądaniem można się również bezboleśnie i w miarę bezpiecznie poruszać, odwiedźcie najbliższy butik Geox. W ich klasycznej kolekcji znajdują się czarne, połyskujące, klasyczne szpilki, których praktycznie nie czuć na stopach!

W kwestii sukienki czuwała nade mną Opatrzność. Wyczerpana, głodna (a jak głodna to i wściekła na wszystko i wszystkich), postanowiłam odpocząć podpierając jedną z witryn sklepowych. I w tej witrynie była suknia idealna. Czarna, prosta, na wąskich ramionkach, ze spływającym dekoltem i odkrytymi plecami przecinanymi jedynie dwoma skrzyżowanymi paskami. Do samej ziemi, ale bez konieczności podcinania (bo przecież i nie było na to czasu) dzięki centymetrom zyskanym na szpilkach.

Uzbrojeni w formalne stroje wieczorowe, wróciliśmy do hotelu, gdzie bez kolacji i po szybkim tylko prysznicu – umarliśmy.

Poniżej projekty Gaudiego – jedyne, na co starczyło mi energii by uchwycić telefonem.

W odcinku następnym – o tym co zrobiłam (sobie) w pierwszej minucie pobytu w kajucie (rym, hehe) i o naszym super hiper wypasionym statku.

Reklamy

One thought on “Wstęp do morskich opowieści

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s