Moja Wielka Grecka Wielkanoc

Czasem słowa się mnie po prostu nie czepiają.

Swoje robię – nogi w górze, poduszka za plecami, rączki na klawiaturze – i nic.

W takich chwilach zwykle obwiniam otoczenie. Słońce za mocno daje. Małż drze się przez telefon. Na korytarzu dziecko sąsiadki napitala z piszczałki.

Dzisiaj jest jednak dzień, w którym jednemu z odłamków mojej rozkawałkowanej jaźni udało się dotrzeć do świadomości i teraz nadaje zapętloną wiadomość: Weź kobieto idź jakieś kabelki podłącz. Zajmij się zerami i jedynkami, jak na inżyniera przystało, a nie bazgrzesz tu bez sensu żadnego. Ty grafomanko ty.

A wszystko przez to, że chciałam zacząć tego posta nastrojowym akapitem, który, trochę na wzór niedoścignionego przykładu Leopolda Staffa, w jednym zdaniu pozwoli czytelnikowi poczuć klimat przetaczającej się za moim oknem nawałnicy.

Napisać słowa, których przerywany twardymi głoskami szelest odda donośny szum wiatru, nieregularnie zagłuszany uderzeniami piorunów. Sprawi, że czytająca to osoba usłyszy wycie zimnego powietrza wpadającego przez mokrą szczelinę okna. Że buczenie szalejącego huraganu wyjdzie z monitora pod postacią lodowatego dreszczu na karku czytelnika.

IMG_1227
Wczorajszy widok z okna.
IMG_1236
Dzisiejszy widok z okna.

Tymczasem wszystko na co mnie dziś stać, to „napitalanie z piszczałki”.

Trudno, nie będzie ładnego początku. Przejdę od razu do sedna.

Moja Wielka Grecka Wielkanoc odbyła się pod flagą biało niebieską, pachniała pieczonym na rożnie jagnięciem (wraz z głową), smakowała śródziemnomorskimi przyprawami i rozbrzmiewała dźwiękami mandoliny.

Rozbrzmiewała praktycznie cały czas, z przerwą na … ech, po kolei.

Kiedy dotarliśmy do domu teściów Holly, koleżanki z lokalnego biura Małża, zbliżała się już szesnasta. Słońce było w górze i grzało ile pary w wybuchach gazów, większość więc z licznej rodziny i znajomych zgromadzonych z okazji Wielkanocy, znajdowało się na tyłach willi.

Pierwsze honorowe miejsce, między rozwieszoną grecką flagą a rożnem, zajmował teść Holly, ubrany w niebieską koszulkę z napisem w greckim alfabecie. Holly z dumą wyjaśniła, że tekst głosił „grecki tata”.

Drugie honorowe miejsce, przy sporych rozmiarów okrągłym stole, zajmował ksiądz.

Pozostała przestrzeń była zagospodarowana przez większe i mniejsze dzieci, wszystkie równo napędzane energią z czekoladowych zajęcy.

Holly poprowadziła nas do środka, ogromnego salonu, w którym trzy pokaźne stoły zostały syto zastawione greckimi przekąskami. Z wyjątkiem dwóch czy trzech zakąsek, reszta wyglądała jak z typowego arabskiego menu ściągnięta. Ot, dowód na przenikanie się kultur.

Za trzema stołami znajdował się bar. Ku naszej radości, również syto zastawiony. Holly poinformowała, że ich lokalny grecki kościół ortodoksyjny ma na zapleczu bar, gdzie po niedzielnej mszy można się napić z proboszczem. Nie umiała odpowiedzieć, czy tak jest we wszystkich greckich ortodoksyjnych przybytkach, ale była wyraźnie zadowolona ze swojej parafii.

Zostaliśmy więc w środku.

Gdzieś między czwartym a piątym faszerowanym mięskiem winnym liściem, drzwi na taras szeroko otworzyły się.

Muzyka ucichła.

Ksiądz, który wcześniej niepozornie siedział za stołem, szedł teraz na przodzie procesji, nieco nachylony, jak gdyby zamierzał potencjalnego przeciwnika zdjąć ubodzeniem z kwadratowej mitry.

Wyciągnął pokaźnej wielkości krzyż z falbankami, i gdy tylko całe towarzystwo weszło do środka (na oko czterdzieści osób, a wcale nie zrobiło się ciasno – możecie sobie wyobrazić rozmiar salonu i kuchni), rozpoczął nieznane nam inkantacje.

Nie bardzo wiedząc co robić, za przykładem pobożnego tłumu, przyjęliśmy pozycje stojące i w ciszy, łypiąc spod oka obserwowaliśmy całe wydarzenie.

Jak zazwyczaj w sytuacji, kiedy nie wiemy co robić, skupiliśmy się na rzeczy najważniejszej – powstrzymać głupawy wybuch śmiechu.

Sprawa nie była łatwa, ponieważ obok nas, jedna z ciotek Holly, dawała z siebie wszystko. Unosiła złączone ręce do góry, to znowu obniżała do pasa, kołysała się na boki i pojękiwała na nutę modlitwy.

Trochę nam się poprawiło, kiedy w połowie ksiądz z greckiego przerzucił się na angielski. Przynajmniej wiedzieliśmy o czym mowa.

Wszystko nie trwało długo. Parę minut maks.

Chwilę później muzyka wróciła, a do wewnątrz wjechało upieczone jagnię.

To co mi się spodobało, to że ludzie, którzy są Amerykanami od co najmniej trzech pokoleń, obchodzą Halloween i Święto Dziękczynienia, mają ochotę i energię na świętowanie również w zgodzie z tradycjami ich prapra.

Z drugiej strony, gdybym miała wielgachny dom z widokiem na jezioro, położony w eleganckiej dzielnicy z polem golfowym, w miejscu, skąd wszędzie jest daleko i gdzie nie dzieje się praktycznie nic, też bym świętowała. Co by się dało i ile wlezie.

Reklamy

One thought on “Moja Wielka Grecka Wielkanoc

  1. Jeżeli o mnie chodzi to „napitalanie z piszczałki” zdecydowanie o wiele bardziej oddaje ten klimat niż jakiekolwiek porównanie w klimaty Leopolda Staffa.

    Oby więcej takich :)

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s