48 godzin

W 2001 roku, za górami, lasami i ternami pustynnymi, pewien producent filmowy wpadł na pomysł: nakręcić film krótkometrażowy w 48 godzin. Od zera, czyli poczynając od pomysłu, przez napisanie scenariusza, znalezienie aktorów, nakręcenie, złożenie i skomponowanie muzyki. Udało się i jemu i kilku jego zaprzyjaźnionym ekipom i tak oto powstały filmowe zawody, swoim zasięgiem obejmujące już prawie cały glob.

Wzięcie udziału jest proste: wystarczy się zgłosić. Startować może każdy, doświadczeni filmowcy i kompletni amatorzy. Zasady banalne: o wyznaczonej porze stawić się na odprawie, wylosować gatunek filmowy i poznać elementy (bohater, rekwizyt i kwestia), które muszą znaleźć się w filmie. Po 48 godzinach oddać ukończone dzieło, które musi mieć od 4 do 7 minut długości.

Fakt, że żadna z drużyn nie zna rodzaju filmu, który jej przypadnie, postaci, która w filmie musi wystąpić, kwestii, która musi zostać wypowiedziana, ani rekwizytu, który koniecznie trzeba wykorzystać, sprawia, że szanse są wyrównane: nie sposób napisać scenariusz, czy przygotować się w jakikolwiek inny sposób, poza oczywiście zebraniem zespołu.

2012 rok to już trzynasta edycja tego konkursu w Waszyngtonie, druga w Dubaju i pierwsza z udziałem Małża i mnie.

W pełni zdając sobie sprawę z naszego braku doświadczenia, postanowiliśmy podpiąć się pod bardziej zaprawioną w boju drużynę. Wprowadził nas do niej nasz kolega, który po godzinach pracy jako inżynier sieci telefonicznych, dorabia komponując muzykę do spotów reklamowych i korporacyjnych i ma w związku z tym kontakty w światku producenckim.

Tenże sam kolega, w około 24 godzinie projektu podszedł do nas i stwierdził „w przyszłym roku robimy to sami”. Nie sposób się było nie zgodzić. Ale po kolei:

W czwartek o godzinie 18 poznaliśmy wyzwanie: wylosowaliśmy „film z wakacji”, w którym musi pojawić się pani lub pan dietetyk, poduszka oraz zdanie „nie wierzę, że właśnie to kupiłaś/eś”. O północy opuściliśmy spotkanie, o pierwszej zasiadłam do pisania skryptu, a o 4.40 nad ranem wysłałam go do pozostałych członków załogi.

Trzy godziny snu później spotkaliśmy się ponownie w składzie pięciu producentów, jeden reżyser, jeden dźwiękowiec, jeden operator kamery i jedna aktorka. I ten skład stał się początkiem naszego końca. Do tej pory nie rozumiem, po jaką cholerę na tak mały projekt, w tak krótkim czasie, przylazło pięciu producentów, którzy poza tym, że siedzieli na kanapie i wprowadzali zamęt oraz zupełnie zniszczyli mój scenariusz, bo „nie mamy czasu na nakręcenie tej sceny”, nie wnieśli do zespołu nic. A scena, którą usunęli była pierwszą, otwierała całą historię, ściśle związaną z ostatnim ujęciem i bez niej nikt nie będzie w stanie połapać się o co w całym filmie chodzi.

Sytuację ratować próbował reżyser, w końcu na nim spoczywa odpowiedzialność przeniesienia treści z papieru na ekran, jednak w tak krótkim czasie nie za wiele mógł zdziałać.

Smaczku projektowi dodało to, że na godzinę przed oddaniem materiału spalił się mikser, więc podkład dźwiękowy momentami się urywa, a na pół godziny przed, okazało się, że format, w którym edytor przygotował dla nas napisy, nie zgadza się z formatem programu do obróbki i… nie zdążyliśmy.

To oznacza, że nasz film nie będzie oceniany i nie weźmie udziału w konkursie. Na pocieszenie, w najbliższą sobotę, będziemy mieć jedyną i niepowtarzalną szansę obejrzenia naszego dzieła na dużym ekranie. 4 minuty chwały ;)

Nie mogę powiedzieć, żebym była rozczarowana tym, że się nie wyrobiliśmy. Nasza ekipa i to, co zostało z mojej historii i tak nie miałaby najmniejszych nawet szans. Może aktorka, znajoma, znajomego, która przez kilka lat występowała na deskach teatru. I tyle.

Rozczarowana jestem jednak ekipą. Jak zauważył nasz kolega, w przyszłym roku startujemy sami. Kilka razy w swoim życiu miałam okazję obserwować realizację dla telewizji „od kuchni” i mogę jedynie powiedzieć, że po producentach rzekomo robiących programy zawodowo, takiego braku zorganizowania i takiej ilości chaosu jaka tu miała miejsce, się po prostu nie spodziewałam.

Ale. Energia była, ubaw był, kupa frajdy i bardzo cenne doświadczenie (przede wszystkim wiemy, czego nie robić), więc i tak klasyfikuję weekend na plus. A za tydzień idę obejrzeć nasz wypierdek na dużym ekranie :)

Reklamy

6 thoughts on “48 godzin

    1. Dopiero po 15 listopada wg regulaminu można opublikować… w sumie złamanie regulaminu już i tak w niczym nam nie zaszkodzi, no ale… jak podpisałam papierek, to poczekam :)

  1. Szkoda, że się nie udało, ale super, że mogliście to przeżyć :-). Mam nadzieję, że efekt i tak uda się obejrzeć, a w przyszłym roku podbijecie publiczność :-). Jako producent z wykształcenia (a właściwie kierownik produkcji, bo producent to ten, który wykłada i liczy kasę i czasami się wtrąca, zwykle niepotrzebnie) wiem, że kierownik produkcji to jedna z osób w tzw, filmowej trójcy, która jest – w regularnym przedsięwzięciu – niezbędna, ale ma się nie wtrącać, tylko uważnie słuchać reżysera i operatora w kwestii tego co potrzebne, by oni mogli spokojnie kręcić i realizować wizję oraz przygotować i zorganizować to wszystko, o czym oni nie mają, jako artyści, pojęcia. I wtedy to działa :-). Ten zawód to była moja pasja, coś w czym spełniałam się i sprawdzałam jak w niczym, co zawodowo robiłam później czy robię obecnie, dlatego czytałam z rozrzewnieniem, mimo linczu kolegów po fachu ;-) dobrze im tak: jeśli kierownik produkcji ma wprowadzać chaos i dezorganizację (a jego zawodem jest „organizacja produkcji filmowej”), to zdecydowanie lepiej, żeby go nie było :-). Czekam do 15.11 z niecierpliwością :-).

    1. Tak, „producent” to był skrót myślowy od wszelkich odmian: executive producer, production manager, executive assistant producer itp… wierz mi, ta „wspaniała piątka” miała na siebie wiele pomysłów… ;)

      Miałam przyjemność obserwować naszych rodzimych kierowników produkcji przy pracy i wierz mi – to co działo się tutaj w niczym nie przypomina rodzimych specjalistów… niestety.

      Do tego, już po zakończeniu projektu, okazało się, że z tej piątki, jeden KP (KP1) nigdy na planie nie był, ale jego dziewczyna (KP2) ma na swoim koncie kilka sezonów programu rozrywkowego dla Dubai1 i postanowiła go wprowadzić w branżę. Szkoda, że nie przeszkadzało mu to w udzielaniu „cennych” rad…

      KP3 chwalił się tym, że przyjechał z Hollywood… Fakt, przyjechał – w Hollywood się urodził, ale nigdy nie pracował… :D

      KP4 i 5 byli w miarę nieszkodliwi… ;)

      Pod fajną ekipę się podłączyliśmy, co? ;)

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s