Jestem numerem cztery

Nie jest to jednak referencja do powieści i filmu pod tym samym tytułem, ale do skali bólu pań Wong i Baker.

Rozpadam się.

W ciągu minionych kilku dni trochę chodziłam, trochę słuchałam i trochę rozmawiałam. Stworzyłam kilka wpisów blogowych opartych na owych empirycznych doświadczeniach. W głowie, rzecz jasna, je stworzyłam.

Na „papier” przeniosę, jak przestanie boleć:

  1. Kolano – kózka się rozbrykała, kule zostawiła i nóżkę rozpiep**yła. Znowu boli, ale to podobno normalne, wg pana doktora. Bo podobno nie można żabką pływać w trzy tygodnie po wycięciu i ponownym wsadzeniu mięśnia na miejsce. Serio?
  2. Nadgarstek – ostatnimi czasy sporo pisałam na komputerze. Na łóżku, na laptopie na stoliku laptopowo-łóżkowo-śniadaniowym. Pod średnio anatomicznym kątem. Wróciła choroba zawodowa pod dumną nazwą zespołu cieśni nadgarstka. Nazwa nietrafiona – powinna zawierać odniesienie do męskiego narządu płodnego. Bo jeb*e jak XIX-wieczni byli więźniowie w paryskich slumsach (skojarzenie sponsorowane obecnie czytanym „Cmentarzu w Pradze” U. Eco)
  3. Drugie kolano – od ciągłego odciążania tego pierwszego.
  4. Kręgosłup – od braku wystarczającej ilości ruchu, z powodów patrz powyżej.
  5. Goleń – ta nie boli, ale swędzi. Od kostki, aż po kolano. Cała. Po migdałach. Całej misce migdałów.  Ewidentnie należy je dopisać do listy rzeczy, na które jestem uczulona.

A o czym będzie, jak już napiszę?

O najstarszym zawodzie świata i jego miejscu w rozwiniętych krajach arabskich. Miejscu nie tak odległym w hierarchii sposobów spędzania wolnego czasu.

O sąsiadce Syryjce. I cukrze na talerzu. I fusach w kawie.

O spiskowej teorii. Albo nawet o spiskowych teoriach, w których się lubuję.

I pewnie jeszcze o paru innych rzeczach.

Zaciekawieni?

Chcielibyście już teraz?

A guzik.

Męczcie się.

Jak ja obecnie.

Pozdrawiam – autorka tego bloga, cierpienie rekompensująca sobie złośliwością. Szukająca zaczepki i ofiary, na której mogłaby odreagować.

Kochaaanie, gdzie jesteś…?

skala bólu Wong-Baker

PS. Uważny czytelnik zwróci uwagę, że tego posta nie można komentować. Bo autorka ma alergię nie tylko na migdały. Do czerwoności doprowadza ją „oj biedactwo”, „uuuuuj”, „u la la” i inne westchnienia empatii. Autorka po prostu chce sobie ulżyć jęcząc. Raz, a porządnie.

Reklamy