Lubię dzieci. Zakneblowane i unieruchomione.

Post zainspirowany niedawnym doświadczeniem.

Siedzę w poczekalni w szpitalu. Poczekalnia składa się z rozrzuconych po holu stolików i foteli, które tworzą swojego rodzaju labirynt:

źródło: ehl.ae/thecityhospital/

Do stolika po drugiej stronie poczekalni podchodzi kobieta, zgaduję, że Libanka – pełny makijaż, niczym fotomodelka w czasie przerwy na lunch, okulary Prada, torebka Gucci, bluzka, żakiet, spodnie, buty – wszystko wprost od czołowych designerów. Rozmawia przez telefon. Zajmuje jeden z foteli, w czasie, gdy jej trójka dzieci, w przedziale wiekowym 3 – 7 lat, wrzeszcząc biega między pozostałymi fotelami i stolikami.

Toleruję to chwilowo, tracę jednak cierpliwość, kiedy zbliżają się do mojego fotela, a tym samym do mojej wyciągniętej i spoczywającej na podłodze nogi. Nogi, z której właśnie wydłubano szwy i która nie ma ochoty być kopnięta, albo na to, żeby ktoś, a raczej coś, się o nią potknęło. Noga, która nie ma ochoty być w większym bólu, niż to przewidują pooperacyjne wytyczne.

Podnoszę więc głos, żeby komunikat przebrnął przez wrzaski tych małych potworów i dotarł do pogrążonej w rozmowie mamusi

– Przepraszam panią, proszę zwrócić uwagę na dzieci.

Spojrzenie zza Prady. Zero reakcji. Powtarzam więc głośniej.

– Proszę pani!

Jest reakcja.

– Rozmawiam przez telefon.

Odpowiadam.

– To ja się pofatyguję porozmawiać z ochroną.

Następnie wielce obrażona mamusia przywołuje do tej pory stojącą w kącie pokojówkę. Pokojówka, obłożona czterema sportowymi torbami Armani, przeciska się przez stoliki, chwyta bachory i ciągnie je w stronę matki. Mamusia wstaje, rzuca mi ostentacyjne spojrzenie i rusza w kierunku wyjścia. Ładują się do Lexusa.

Odprowadzam towarzystwo wzrokiem, oczami wyobraźni widząc, jak samochód eksploduje, a na moim stoliku ląduje damska dłoń ściskająca zakrwawioną komórkę. I dziecięce buciki.

Mówią, a ja im wierzę, że nie ma złych psów, są tylko nieodpowiedzialni właściciele.

Tak samo, proszę mam, jest z dziećmi.

Nie mówię tego do wszystkich, gdyż spotkałam wiele odpowiedzialnych rodziców, którzy dzieci wychowują, a nie odchowują, ale, niestety, spotkałam też ich przeciwieństwa. I do nich kieruję poniższą listę:

  1. Cały świat nie istnieje po to, żeby kochać wasze dzieci.
  2. Kiedy wasz bachor drze mordę, to dla większości ludzi, nie jest to słodki pisk nowego życia, tylko wrzask drącego mordę bachora.
  3. To ważne, żeby wasz bachor się rozwijał i poznawał doświadczalnie otoczenie. Nie zdziwcie się jednak, kiedy otoczenie sprawi waszemu bachorowi bolesną lekcję, jeśli zostanie obślinione, oblane, obrzucone lub uszczypnięte.
  4. Pieluchy śmierdzą.
  5. Szczyny również. Dziecięce też.
  6. Ubabrane kończyny, to nie malutkie, tyci tyci pulchne rączki, tylko uświnione łapy – źródło plam.
  7. Podeszwy butów waszych bachorów są tak samo brudne jak podeszwy butów ludzi dorosłych, więc nie widzę powodu, dla którego wasze bachory mogą chodzić po publicznych siedzeniach, a dorośli nie.
  8. Wasze dzieci są wasze, pilnujcie więc, żeby nie plątały się pod nie waszymi nogami.
  9. ADHD się leczy, a nie przeczekuje lub oczekuje zrozumienia od otoczenia.
  10. Złota zasada – robimy tyle dzieci, nad iloma jesteśmy w stanie samodzielnie zapanować.

Dziękuję za uwagę.

Reklamy

17 thoughts on “Lubię dzieci. Zakneblowane i unieruchomione.

  1. Prawda, teraz bachory dominują w tym rozwydrzonym świecie. Mam już dorosłe, ale kiedyś rodzice się dziećmi zajmowali, upominali, nakazywali! A teraz hulaj dusza. Kiedyś wychodząc ze sklepu, o mało nie rozdeptałam szkraba, jak zwróciłam mamusi uwagę, to chciała mnie zabić wzrokiem.
    Mariola

    1. Mąż niedawno rozdeptał :D bachor we wrzask, mamusia we wrzask no to i mąż we wrzask ;) gdyby nie to, że starałam się nie wybuchnąć śmiechem, pewnie też bym się do wrzasków przyłączyła ;)

      A było tak: noc, ciemno, rejon barów i restauracji, róg budynku. Wąskie przejście, mąż idzie przodem i rozdeptuje smarkacza, który właśnie wybiegł zza tego rogu. Rodzice siedzieli dobre kilkanaście metrów dalej, zajęci sobą.

      Wrrrr.

  2. Cieszę się, że mnie odwiedziłaś, bo dzięki temu trafiłam do Ciebie, a piszesz zajebiście! Jestem ZACHWYCONA Twoim blogiem, przeczytałam już większość wpisów i chcę jeszcze! Ten post o szpitalu pochłonęłam z opadniętą szczęką jak bajkę, pozazdrościłam Ci możliwości podziwiania pięknych Emiratczyków, uśmiałam się z Teściowej i z Twojego dużego chłopca i jego zabawek. Normalnie wpadłam w kompleksy. Będę Cię odwiedzać czy chcesz czy nie he he;-)))

    1. Wow, zaniemówiłam, taki komplement mi strzeliłaś :) Cieszę się niezmiernie, zwłaszcza, że pochodzi od kogoś, kogo sama uważam za utalentowaną blogerkę i której pomysłowość podziwiam.. :)

      Zapraszam serdecznie, czuj się jak u siebie :)

  3. Hyyyy :)
    Mogę postawić podpisy („ptaszki”) w każdym punkcie Twojej listy. U nas też jest zwyczaj, że dziecko może w szpitalnej poczekalni łazić po krzesełkach w butach.
    Ten naród wobec wybryków dzieci czasem tak cierpliwy, że nie wiem, jak to możliwe.
    Problem w tym, że nad wrzaskiem dziecięcia czasem po prostu nie da się zapanować. Przynajmniej takiego mniejszego. Nawet jak nie jesteś rodzicem-olewaczem. Odkryłam to dopiero teraz. Nie wiem, jak w uszach innych matek, w moich wrzask mojego dziecka wcale nie brzmi jak słodki pisk. Teraz np. potrafi wyć godzinę i dostać drgawek, bo robimy to, co ja chcę (bawimy się zabawkami), a nie to, co on (bawimy się kontaktem). Próba sił. Jak już przestanie, to czuję się jak po wojnie jakiejś. Zeby nie zwariować, muszę stępić wrażliwość na wrzask. Do sklepów na razie w ogóle nie ma sensu z nim wchodzić, odbija mu kompletnie.
    Pozdrawiam :) !

    1. Rodzicom, którzy pozwalają dzieciom łazić w butach po siedzeniach, nie tylko szpitalnych, najchętniej bym te buty do gęby super-glue przyczepiła ;)

      Ja wiem, że nie zawsze da się nad wrzaskiem zapanować, ale jest różnica w „próbuję coś z tym zrobić” i w „niech wrzeszczy, w końcu to dziecko”.

      W imieniu innych kupujących, dziękuję za nie wychodzenie do sklepu z dzieckiem (na razie) ;)

  4. Nic dodać, nic ująć. Twoją listę powinni powiesić w każdym miejscu publicznym – w sklepie, w tramwaju, w przychodni, w kawiarni etc. Albo dawać matkom do podpisania w trakcie wypisu z porodówki.

  5. Cały kłopot w tym, że większości kobiet wydaje się, że w chwili zajścia w ciążę, a następnie urodzenia potomstwa stają się nietykalne – i one i ich bachory. Co tu dużo mówić – urodziłam raptem jedno dziecko i to płci żeńskiej i (słowo honoru) nie wiem co to są ryki bachora w miejscu publicznym, bieganie po poczekalni lub ogólnie nieodpowiednie zachowanie w miejscu publicznym. Może po prostu miałam szczęście, bo dziecko było grzeczne, ale raczej tak ją ustawiałam, by nie robiła tego, czego ja osobiście nie znoszę. Teraz, gdy już mam wnuki, moja córka tak mi powiedziała: „zawsze hołdowałaś zasadzie,że twoje to jest dziecko, a obce to bachor”. Rozgryzła mnie. :)))
    Miłego,;)
    P.S. A postulaty – świetne. Podpisuję się oburącz.

  6. boskie!!! 9. powinno sie wieszac w kazdym domu, a 10 – moim zdaniem 1 osoba moze zapanowac nad 1 dzieckiem i nie ma cudow.

    1. też mi się tak wydaje.. jeszcze zależy od wieku dzieci, ale nie wierzę, że można zapanować na trzema czy czterema, rodzonymi co roku.. jak widzę takie stadka – kilka lokalnych kobiet a dookoła coś na kształt średniej wielkości przedszkola, przy czym szanowne mamusie siedzą i kawusie piją, podczas gdy bachory (bo to nie dzieci) roznoszą otoczenia na kawałki, to jestem za wprowadzeniem ustawy, egzaminów i licencji na posiadanie potomstwa..

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s