Piwko w teatrze

Koleś, obczaj to, uderzyliśmy z małżochem na teatr w medinie, jarzysz? Zajefajnie było.

Tego typu słownictwem powinnam zacząć się posługiwać, jeśli zależy mi na nadążaniu z kulturalnymi trendami. Do wniosku takiego doszłam dziś, choć zdarzenie, które mnie do tego skłoniło, miejsce miało w ubiegłą środę. Lepiej myśleć powoli, niż wcale. Ale po kolei.

Porą wieczorową wybraliśmy się z Małżem na spektakl do teatru w Madinat Jumairah. Ekipa z West End, w ilości osób dwóch, przedstawiała „Misery” na podstawie powieści Stephena Kinga o tytule zgadnijcie jakim.

Przedstawienie trzymało w napięciu, muzyka podkreślała nastrój (choć jakość dźwięku pozostawiała odrobinę do życzenia – zwłaszcza, kiedy głośniki nie dawały sobie rady z wysokimi tonami), a aktorzy byli wiarygodni. Małż skarżył się na fałszywy amerykański akcent brytyjskiego aktora, ale ja, jako osoba, której angielski nie jest pierwszym językiem, a do tego z uchem rozdeptanym przez słonia, niczego takiego nie zauważyłam. Zarejestrowałam jedynie, że rola kobieca nie dorównywała Kathy Bates z filmowej wersji tej historii, no ale ile jest na świecie aktorek, którym szaleństwo tak łatwo maluje się w oczach? Ogólnie: przedstawienie udane.

Tylko.

Wyszliśmy w szoku.

Był to mój pierwszy raz w teatrze, w którym przed wejściem sprzedawano popcorn, colę i piwo. Tego ostatniego nie pijam, do popcornu i coli nic nie mam, ale do tego, żeby bezcześcić tradycję teatralną wprowadzaniem zwyczajów zaczerpniętych z masowej rozrywki – kina, już mam. O ile prażona kukurydza i gazowane napoje są nierozerwalnie złączone z oglądaniem filmów na wielkim ekranie, o tyle teatr to miejsce, gdzie idzie się karmić duszę (przynajmniej jej artystyczną część), a nie żołądek.

Litości.

Czy ja się robię stara i zrzędliwa, czy faktycznie kultura sięga bruku*?

*Wyrażenia „schodzi na psy” nie używam, gdyż te czworonogi darzę większym szacunkiem, niż dużą część napotkanych ludzi i myślę, że takie porównanie byłoby dla psów krzywdzące.

Reklamy

10 thoughts on “Piwko w teatrze

  1. Ot widzisz. I tak jest wszędzie. Mam koleżankę pracującą w teatrze, która opowiada niestworzone rzeczy o wycieczkach szkolnych, puszczanych na salę z siatami załadowanymi prowiantem, no bo przecież im się może zachcieć pić, albo jeść. Po każdym spektaklu trwa wymiatanie paluszków. Ale co się dziwić dzieciakom, skoro dorośli robią dokładnie to samo? Stare kino przeszło w multikino, to samo zaczyna dotykać teatru. W pale się nie mieści.
    Ostatnio byłam na fantastycznym przestawieniu ze znakomitą obsadą. Wstyd było patrzeć, jak na widowni co jakiś czas jaśniały ekrany telefonów komórkowych i, o zgrozo, niektóre dzwoniły, bo zapomniało się wyłączyć…

    1. świecących ekranów w kinie nawet nie toleruję, a w teatrze wręcz sobie nie wyobrażam.. na Misery chyba akurat nic nikomu nie zadzwoniło, ale i tak czuję się zgorszona.. poza tym, litości, cała sala diabetyków? 2 godziny nie wytrzymają bez jedzenia? echh…

  2. A ja dziś byłam w kinie i widziałam dzieciaki, 9-10 lat, z ogromnymi kubłami popcornu + wielka coca-cola do tego. A potem czytam, że otyłość u dzieci to coraz poważniejszy problem. Moje musi sobie radzić bez popcornu ( inna sprawa, ze wcale nie chce), ale ja to już na pewno stara i zrzędliwa jestem ;)

    1. kochana, ja jeszcze dzieci nie mam, ale mam już pełen plan żywieniowy dla nich ;) mam również plan edukacji i listę dozwolonych programów tv ;)

      a swoją drogą, to widziałam niedawno dokument o otyłości u dzieci z krajów rozwiniętych… ma-sa-kra.. i tak sobie pomyślałam, że ta cola i popcorn to mniejsze zło, ale fakt, że zażywają nie więcej niż 2 godziny ruchu dziennie.. pamiętam jak jako dziecko większą część dnia spędzałam na dworze, bawiąc się w chowanego, ganianego i inne głupoty z piłką, gumą do skakania lub bez i nikt o żadnej otyłości nie słyszał, choć zgodnie pałaszowaliśmy oranżadki w proszku w proszku, bez rozcieńczania i inne świństwa ;)

  3. Hej!
    Bardzo fajnie piszesz, myslę, że zamiar napisania książki jest trafiony.
    A wody i bajkowych widoków , to zazdroszczę bardzo! (trudno, musiałam to napisać)
    Pozdrawiam
    Mariola

  4. ;) po pierwsze… chciałabym zwrócić Twoją uwagę, że już troszkę piszesz trendy-językiem… Bo pisząc „Małż” masz chyba Męża na myśli? A jaka jest różnica między „małżochem” i „małżem”? To już tylko malutki kroczek… :) Poza tym… z tego co wiem, małże nie mają mózgu… także licz się ze słowami ;p
    Jeśli zaś chodzi o bruk… i kulturę… to chyba jest tak, że instytucja teatru chce przyciągać, bo ma poczucie przegranej… na przykład z kinem?
    Jestem fanką popcornu i coli w kinie (poza – prawie nie pijam i nie jadam), ale teatr to rzeczywiście inna bajka… przykro mi…

    1. nie, nie, nie, to zupełnie nie tak ;) Małż to skrót od Małżonka, a przy okazji ksywka na potrzeby bloga, no bo ile można pisać „I.”.. a mąż to jakoś tak brzmi.. oklepanie ;) powiązanie z organizmem bezmózgim jest zupełnie przypadkowe i niezamierzone ;) choć lubi owoce morza :)

  5. Nie cierpię pocornu w kinie. Za to piwo w kinie jest dla mnie obowiązkowe. Teatr to inna sprawa, tam się faktycznie karmi duszę i jest to wyższ kultura, więc tylko i wyłącznie whisky!

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s