Seszele

I ja tam byłam, rum i colę piłam, a co widziałam, na blogu spisałam.

Dezynfekcja

Pierwszy raz leciałam na wyspę. Uściślając małą wyspę, bo te Brytyjskie są za duże i w związku z tym się nie liczą. Przed startem z Dubaju, a później przed samym odlotem z Seszeli, stewardesy spryskały pasażerów środkiem dezynfekującym.

W tamtą stronę – z obawy, żeby ludność tego malutkiego kraju nie została eksterminowana grypą, czy inną zarazą. Dużo ich nie ma, więc im się nie dziwię.

W drodze powrotnej – bo pewnie nikt nie wie ile naprawdę i jakiego świństwa można się w tropikach nabawić. I pewnie nikt tego poza tropikami nie chce.

Lotnisko

Wylądowaliśmy na wyspie Mahe. Największej z całego archipelagu Seszeli. Z samolotu wysadzono nas wprost na płytę lotniskową i… kazano maszerować do terminalu. Jak w starych filmach, kiedy maszyny latające nie były tak powszechne, a budynki lotniska były wielkości rozrośniętej stodoły.

Nie był to długi marsz. Cały kompleks jest rozmiarów połowy warszawskiej Etiudy. Z jednym pasem startowym. Terminal przykrywa dach, umocowany na kilkunastu metalowych kolumnach. Ściany nie są potrzebne. Raz że ciepło, a dwa… że ciepło cały rok.

Tropiki

Wychodząc z lotniska pierwsze, co rzuca się w oczy to tropikalna zieleń. Całkiem spore góry (powiedzmy, że bieszczadzkich rozmiarów), z których wyrastają tysiące, jeśli nie miliony, drzew i krzewów. W każdym odcieniu zieleni. Z liśćmi w każdym kształcie (może poza iglastymi). Każdej wielkości, choć dominują te potężne. Dla oczu zmęczonych piaskiem, piaskiem i jeszcze raz piaskiem, taki nawał roślinności przyprawia o dreszcze. Choć myślę, że nie trzeba mieszkać na pustyni, by widząc tą demonstrację siły natury nie pomyśleć o rajskich krainach. Eden na wyciągnięcie reki.

Ciepło, ale znośnie. Temperatura w okolicach 30C. W dzień trochę więcej, w nocy trochę mniej. Ale w sumie tak samo, cały rok. I wilgoć. Słońce na plaży i nieustanna mgła otaczająca szczyty zielonych gór. Deszcz, który potrafi zjawić się nagle, a kiedy już zacznie padać, leje w sposób, którego nie oddaje nawet porównanie do odwróconego wiadra z wodą. Taka Niagara z chmur. I kiedy tylko zaczynamy myśleć, że ta rzeka z nieba nigdy się nie skończy, deszcz znika tak nagle, jak się pojawił. A wszystko osusza słońce. Tylko po to, by zrobić miejsce następnej ulewie.

Tę zmienność pogody zawdzięczaliśmy monsunowi letniemu, który nieustannie nawiewał wszelkiego rodzaju chmury z oceanu wprost na ląd.

Stephen King

W pokoju obok nas zamieszkał Stephen King. Ale nie ten od książek. Nasz Stephen był Australijczykiem, zawodowo organizującym trasy koncertowe. Bardzo wesoły człek, po 40 urodzinach, spędzający wakacje w towarzystwie 20letniej Ukrainki. O naturę ich relacji nie pytaliśmy, oni się nie chwalili, ale chyba nie wiele było do powiedzenia. Nie to w Stephenie jednak było interesujące.

Po dłuższym czasie radosnych rozmów o niczym, Małż mój na chwilę poszedł do pokoju. Korzystając z okazji, Stephen, piękną polszczyzną z lekkim tylko akcentem, zapytał, czy mógłby ze mną pokonwersować w języku moim ojczystym, bo odkąd wyprowadził się z Zakopanego nie bardzo ma okazję go używać i się boi, że zapomni.

Dobrze, że w tamtej chwili monsun mocniej nie zawiał, bo pewnie porwałby moją szczękę, która leżała kompletnie opadnięta. Świat jest malutki. Maniuni.

Pralka

Monsun wiał w ciągu następnych kilku dni. Również wtedy, gdy wybraliśmy się ze Stephenem na zachodnie wybrzeże wyspy (kwaterunek był na wschodnim), by podziwiać na wpół dzikie plaże

Na wpół, bo bez ratownika, bez turystów, bez tubylców, ale za to z tablicą ostrzegającą przed kąpielą z powodu dużych fal, które towarzyszą silnym wiatrom.

Co to jednak dla nas. Przecież to cała przyjemność skakać przez spienione morskie bałwany…

Weszliśmy do oceanu, który nie wyglądał na wściekły, jedynie trochę niespokojny. Tu i ówdzie większa fala. Nic nie do wytrzymania. Przynajmniej, jeśli zachowa się uwagę.

A moja skupiła się na malutkich rybkach, których ławica właśnie wtedy przepływała koło moich nóg, kiedy jedna z fal postanowiła urosnąć na około dwa metry. Małż krzyknął „uważaj”. Po jego uwadze, zdążyłam obejrzeć falę, pomyśleć „chyba trzeba opaskę z włosów ściągnąć na szyję” oraz „potrzebna szybka decyzja: nurkować, czy skakać”.

Nurkujemy, jeśli fala ma się nad nami załamać; cała siła zebrana jest na górze, w pędzącej pianie, więc pod spodem fali jest w miarę spokojnie. Skaczemy, jeśli fala jeszcze się nie załamuje – wtedy można wypłynąć na jej grzbiet i całkiem przyjemnie posufrować.

Niestety, decyzji już nie zdążyłam podjąć. Fala załamała się dokładnie nade mną. Porwała w swoją pianę, obróciła ze dwa razy, a następnie, jak wszelkie inne zdobycze oceanu, zepchnęła na dno, po czym pociągnęła ze sobą w kierunku brzegu. Moja opaska stała się częścią oceanu.

Ciągnięcie siłą fali po piaszczystym dnie do przyjemnych nie należy i skutkuje w zdartej skórze kolana.

Wypluta na brzeg, krztusząc się i kaszląc, stwierdziłam, że na starość instynkt samozachowawczy słabnie. Zaspokoiłam jednak swoją ciekawość. Już wiem, jak to jest być skarpetką w wirującej pralce.

Poniżej równika

W zaciszu hotelowego pokoju, w intymnej atmosferze łazienki, przez kilkanaście minut napełniałam zlew, następnie odblokowywałam odpływ i patrzyłam na uciekającą wodę, by gdy zniknie ostatnia strużka, czynność powtórzyć. I wiecie co? To było fascynujące.

Bo ta strużka wody, przy samym ujściu, kręciła się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara!

Małe, a cieszy, mówią.

Gdyby nie interwencja mojego Małża, mogłabym kontynuować to zajęcie jeszcze kilka godzin.

Takamaka

Jak na wyspy tropikalne przystało, Seszele mają swój rodzimy rum. Zwie się Takamaka. Zamówiliśmy więc, ja pojedynczy, I. podwójny. Sprite przyniesiono oddzielnie. I dobrze, bo gdyby dolano go do rumu już w barze, nie mielibyśmy pojęcia, jak hojni są gospodarze…

Pojedynczy, na oko 100ml. (połowa szklanki do „coli”). Podwójny – ¾ tejże.

hej ho kolejkę nalej, hej ho kielichy wznieśmy…

Punk widzenia

W drodze do hotelu taksówkarz opowiedział nam o planowanej w centrum stolicy (Wiktoria) otwartej imprezie sylwestrowej. Według jego zapewnień, ludność z całej wyspy miała się tam znaleźć. Fajerwerki, roztańczone tłumy na ulicach, muzyka na żywo. Słowem – trzeba być i nowy rok witać z tubylcami.

Tak samo zeznał kierowca autobusu wahadłowego, krążącego między Wiktorią, a naszym hotelem.

Balanga, jakiej żeśmy nie widzieli.

Skoro tak, to zaraz po kolacji zabraliśmy się z Małżem do stolicy.

W ciągu dnia już raz tam byliśmy, zwiedzając co się da i zapoznając się z terenem. W sumie, w ciągu 3 godzin, które spędziliśmy w Wiktorii, przeszliśmy ją wzdłuż i w szerz. Naliczyliśmy w niej jedne światła, 5 supermarketów, kościół katolicki, prawosławny, meczet i świątynię hinduistyczną. Widzieliśmy budynek sądu najwyższego i pozostałość po przerośniętym ego brytyjskich kolonizatorów – miniaturkę Big Bena. Wiktoria jest urocza. Rozmiar się nie liczy, a poza tym, po co w tak małym państewku, większa stolica?

Nie pomyśleliśmy tylko o jednym. Skoro to taki malutki kraj, w którym żyje 90 000 ludzi, z prezydentem, który na oficjalne wystąpienia zakłada dżinsy i różową koszulę bez krawatu i marynarki (widzieliśmy w telewizji), to jak naprawdę huczna może być ta impreza?

Otóż huczna na lokalny sposób. Fajerwerki? Owszem, kilka osób przyniosło sztuczne ognie. Muzyka na żywo? Tak, scena rozmiarów mojej sypialni pomieściła czterech muzyków i magnetofon z nagraniami do śpiewania z playbacku. Tłumy na ulicach? No, prawie. Na jednym parkingu zmieścili się wszyscy.

O godzinie 23 zebraliśmy manatki i wróciliśmy do hotelu. Nowy rok przywitaliśmy na brzegu oceanu. Cicho. Spokojnie. Idealnie.

budynek sądu najwyższego
mały Big Ben
świątynia hinduistyczna
jedyne napotkane światła w stolicy
market w Wiktorii
sklepik w stolicy
poświąteczne dekoracje
50m od centrum Wiktorii
wielka sylwestrowa zabawa

Ocean Indyjski

Pozostałe dni pobytu spędziliśmy spacerując po plażach, skacząc przez fale (po naszej, wschodniej, spokojniejszej jakby stronie), zbierając wyrzucone przez ocean pokruszone koralowce. Jest ich mnóstwo, tak samo jak wszelakich muszelek, rybek, krabów. W wodzie udało nam się nawet wypatrzeć dwa żółwie!

Chodząc po piasku mijaliśmy kokosy. Jest ich strasznie dużo i trochę mnie to martwiło. Bo skoro są na ziemi, a powinny być wysoko na palmie, to znaczy, że spadły, nie? A jak spadły, to z dużej wysokości, nie? No i ciężkie są. Więc, pytanie które mnie nurtowało, ile osób rocznie umiera z powodu kokosa, który im spadł na głowę?

Ach, a skoro już o kokosach mowa… zajadaliśmy gotowany w mleku kokosowym korzeń kasawy. To taka roślina, z której robi się mąkę zwaną tapioka. Do tej pory myślałam, że to jakieś trawiaste jest, a tu niespodzianka. Kasawa wygląda trochę jak imbir, a trochę jak słodki ziemniak. Smakuje jednak mącznie, chociaż bardzo słodko. Mmmm.

A, i jeszcze ciekawostka. Na Seszelach, ale nie na Mahe, tylko na jednej jeszcze mniejszej wysepce (Praslin), rosną palmy, które rodzą największe orzechy na świecie. Występują tylko tam i wywóz ich jest surowo zabroniony. Zwą się dumnie – Coco de Mer. Wyglądają mniej imponująco. Tzn rozmiarowo i owszem, ale kształtem… oceńcie sami (wersja rysunkowa, z logo sklepu):

czy to orzech, czy to... ?

Pan i Pani Kokos

spadnie mi kokos na głowę... czy może nie spadnie...

Reklamy

7 thoughts on “Seszele

  1. Noooo, na bogato coraz bardziej! :-) Cudnie! Seszele… o tak, kiedys na pewno! Polinezja Francuska jeszcze i wiele innych :-)
    A może ciut więcej zdjęć?

  2. hm.. to było tylko 5 dni i wzięliśmy aparat-pstrykankę a nie taki prawdziwy do prawdziwych zdjęć ;) ale popatrzę, może coś jeszcze się nada.. :) tylko się muszę ogarnąć z dużą ilością wolnego czasu.. jak pracowałam 5 dni w tygodniu to z biura pisałam i wrzucałam fotki, a teraz przy 3 dniach za biurkiem, nie dość, że w pracy pracuję, to jeszcze w pozostałe dni się poza domem rozbijam i ten laptop jakiś taki odległy się zrobił..

  3. Bardzo ciekawy tekst z fenomenalnymi zdjęciami:D Pogratulować:)

    Ciesze się, że zwróciłaś uwagę na coś więcej niż plaże, bo zwykle tylko takie relacje z Seszeli można znaleźć, u ciebie zaś dużo różności:)

    Co do lotniska, to prawdę mówiąc marsze do terminala w cale nie są takie rzadkie, w małych lotniskach to raczej standard. Anegdota o Kingu po prostu fenomenalna:D

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s