Krokodyle w łazience

Przerażona wbiegłam do łazienki.

Chwilę wcześniej zobaczyłam kilka, może pięć, wyrośniętych krokodyli sunących w moim kierunku. Ich zęby wielkości moich zaciśniętych pięści. Ponad stu kilowe ciała, ciemne, pokryte śluzowatą wydzieliną. Człapały w moim kierunku i choć nie jestem specjalistą od krokodylej mowy ciała, wiedziałam, że rozszarpanie mnie na części jest wszystkim, czego te bestie pragną.

W łazience, nie pytajcie mnie skąd, znalazłam drabinki. Takie z dziecięcego placu zabaw. Wdrapałam się na samą górę. Krokodyle pożarły drzwi i wpełzły do wnętrza drabinkowej konstrukcji. Zaczęły skakać, kłapiąc przy tym swoimi paszczami. Wielkie kły, wymierzone w moje ciało. Chwyciłam brzytwę. Chwilę się zastanawiałam skąd brzytwa w mojej łazience, ale w końcu przestałam, bo po co zajmować sobie głowę brzytwą, jeśli właśnie toczy się walkę o przetrwanie.

Jeden z  krokodyli znowu podskoczył. Uzbrojona w ostrze, przecięłam jego gardło. Trysnęła krew. Kolejny. Więcej krwi. I jeszcze jeden. I jeszcze. Krew, początkowo brązowoczerwona, teraz ciemno zielona, pompowała nieustannie, niczym hydrant rozjechany pędzącym samochodem.

W końcu zabiłam wszystkie.

Ostrożnie wyszłam z łazienki. Przeszłam sypialnię i powoli uchyliłam drzwi do holu. O dziwo, tych, krokodyle nie pożarły.

W przedpokoju odkryłam dwa śpiące potwory. Poderżnęłam im gardziele, zanim zdążyły się obudzić. Wtedy rzuciła się na mnie ostatnia z bestii. Wielki gad przewrócił mnie swoim ciężarem i już miał przegryźć w pół, kiedy chwyciłam jego szczęki i rozerwałam na dwie części. Odnalazłam wytrącone mi ostrze i zadźgałam krokodyla.

Obudziłam się wykończona. Mój umysł musiał pracować na najwyższych obrotach. Czułam pot na swoich dłoniach, smród z paszczy krokodyli, krew tryskającą z ich ran wprost na moją twarz. Bolały mnie wszystkie mięśnie. Dziewięć godzin snu, a uczucie zmęczenia, jakbym łóżka nie widziała od co najmniej tygodnia.

Miałam świętować przypadające na dzisiejszy wieczór Halloween obejrzeniem horroru, ale chyba sobie daruję.

Opowiedziałam sen w pracy. Koleżance, której w ubiegłym tygodniu, podczas obiadu, zwierzyłam się ze swojej niechęci do komputerów, pracy za biurkiem i ogólnego niezadowolenia ze swojej sytuacji zawodowej. Powiedziałam jej również, że jedyne co wiem, to czego nie chcę robić, ale nie wiem, co tak naprawdę bym chciała. A coś bym chciała na pewno. Koleżanka uznała, że ten sen to odwzorowanie moich pulsujących emocji, że krokodyle to decyzje, z którymi muszę się zmierzyć, a walka, to świadomość, że decyzje takie nie są łatwe do podjęcia. Pozytywne jest to, że wyszłam z walki z życiem.

Tak sobie myślę. W sny jakoś bardzo nie wierzę, ale fakt, że jeśli tylko mój umysł nie jest czymś zajęty, to rozmyślam, co ze sobą zrobić, bo jestem w tej pracy tak banalnie, zwyczajnie nieszczęśliwa. Może czas wziąć się w garść, zmierzyć z krokodylami i w końcu coś ze sobą zrobić?

Reklamy

7 thoughts on “Krokodyle w łazience

  1. No niezła jatka była… Sny mają znaczenie – jak mneimam. Ja przynajmniej w to wierzę. Nie każde sny, ale jeśli powtarzają się np. od wielu lat (nie te same, ale z tym samym motywem) – coś w nich jest. Może Twoja koleżanka ma rację. Walcz! ;-)

  2. Oj, sny czasem są nieziemskie ;) A co do samego bloga – trafiłam tu przypadkowo i spodobało mi się. Posty bardzo… twórcze, inne niż wszystkie. Pozdrawiam (www.chiara288.blogspot.com)

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s