Ogniste małże

Kurczowo trzymając się za ręce, kobieta i mężczyzna siedzieli przy stole. Uwięzieni na 36 piętrze, w uszach nadal dzwonił im alarm przeciwpożarowy, który odciął wszystkie windy. Ich dwie pary oczu, czerwonych od smogu otulającego całe pomieszczenie, to wędrowały po talerzach i sztućcach, to spotykały się, by wymienić pełne napięcia i rozpaczy spojrzenia. Byli małżeństwem od pół roku, ale w tej właśnie chwili odkrywali znaczenie słów „i w chorobie”, „i w nieszczęściu”, „i że cię nie opuszczę aż do śmierci”. W ciszy czekali na nieuniknione, od płaczu, powstrzymywani swoją wzajemną obecnością. Jeśli tylko wyjdą z tego żywi… Jeśli im się uda… Już nigdy nie zgodzą się na kolację u zaprzyjaźnionych Chilijki i Kolumbijczyka.

Powyższe sceny grozy rozegrały się kilka weekendów temu, jednak dopiero teraz jestem w stanie o tym mówić. Zapomnieć nie będę mogła nigdy.

Patrycja i Ricardo, bo tak się zwą nasi oprawcy, zaprosili małża i mnie na kolację. Och, jakże niewinnie, ba, rozkosznie się zapowiadało. Patrycja rozwodziła się nad zaletami kuchni chilijskiej, nad jej domowym, delikatnym smakiem, nad zapachami, które skuszą największego niejadka. Co kraj to obyczaj, a każda kultura ma swój sposób komunikowania się. Teraz rozumiem, że w jej slangu znaczyło to tyle co „wpadnijcie na ociekające olejem skwarki”. I zapomniała wspomnieć, że jest piromanką.

Tortury, tfu, spotkanie, otworzyła zimna przystawka w postaci suszonych śliwek zawiniętych w wołowy boczek. Zawiniętych tak sprytnie, że tłuszczu nie było widać. Było za to czuć przy pierwszej próbie rozgryzienia. Biały tłuszcz zalewający podniebienie. Maź, która oblazła moje trzonowe, przylepiając się do czubka języka. Potworność. Usiłując połknąć i nie zwrócić udałam się w kierunku tradycyjnego chilijskiego drinka, który to miał się składać z alkoholu, którego nazwy nie pamiętam, cukru i cytryny. Patrycja chyba jednak zapomniała o dwóch pierwszych składnikach.

Drugim punktem programu była ciepła przystawka. Przegrzebek (rodzaj małży) po chilijsku. Patrycja nie wierzy w odgrzewanie jedzenia, przygotowywała więc potrawę na bieżąco. Użyła w tym celu czterech ceramicznych naczyń, przegrzebku, oleju i pożaru.

Pożar był przedni, przegrzebki już mniej, mimo intensywnego odymiania i wachlowania kocem ognioodpornym. Odymione zostało też piętro mieszkania naszych gospodarzy, oni sami, małż, ja, strażnik budynku, który wbiegł(!) na 36 piętro (pożar odciął wszystkie windy), kawałek korytarza i kilku sąsiadów.

Pożar, spowodowany przegrzaniem oleju, był w mniemaniu moim i mojego lubego punktem kulminacyjnym imprezy. W mniemaniu Patrycji i Ricarda, było nim danie główne – zatopione w rozgotowanej kaszy kukurydzianej mielone mięcho, bez przypraw, ale za to z dodatkową porcją… oleju.

Traumatyczny wieczór uwieńczyły naleśniki z kajmakiem o aromacie przypalanego mleka. W chwili podania oczy mi się roześmiały na myśl o mojej celiakii, myśl ta jednak prysnęła niczym mydlana bańka, kiedy Patrycja dumnie wyciągnęła rozpoczęte opakowanie mąĸi bezglutenowej, zakupionej i użytej na moją cześć.

Kolacja odbyła się w piątkowy wieczór. Sobotę spędziliśmy w domu, wymiotując.

Do tej pory na dźwięk słów „kuchnia chilijska” targają mną konwulsje, a do tego przechodzą ciarki ilekroć przejeżdżam obok Jumeirah Lake Towers, miejsca zamieszkania naszych oprawców.

Reklamy

6 thoughts on “Ogniste małże

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s