Lato 2010

W raz z zakończeniem roku akademickiego, na Wyspy przyszło lato. Bez zapowiedzi i wahania wparowało z całej swojej siły i uroku, nikomu nie pozwalając na pozostawanie w domu. Wyrwana ze snu jasnymi promieniami słońca, otwieram okno i czuję panujące na zewnątrz dwudziestopięcio stopniowe ciepełko. Sprawdzam stan zmierzwienia czupryny i człapię przywitać się ze współlokatorką, a przy okazji zapytać, czy aby na pewno jesteśmy w Portsmouth, na południu Anglii, gdzie do tej pory temperatura nie przekroczyła progu wiosennej kurtki (z kapturem oczywiście). Okazuje się, że i owszem. Radości nie ma granic! Szybki prysznic, tosty, dżem wiśniowy, zielona herbata i pośpieszne przekopywanie szafy, by spod warstw ciepłych bluz i sweterków wydobyć lniane letnie spodnie i… sandały! Sandały! Och, dniu piękny! Nadchodzę!

Kwiatuszek kwitnie, drzewko się zieleni. Spacerowym krokiem przemierzam wąskie uliczki starej dzielnicy portowej. Tylko jedna rzecz może sprawić, by dzień ten stał się jeszcze lepszym – zakup letniego ciuszka! Przemierzam więc sklepiki przy lokalnym rynku, by w końcu natrafić na to, co później wzbogaca moją garderobę. Och, dniu piękny, dniu radosny! Wracam do domu, by zmienić ubiegłoroczną koszulkę na mój nowy nabytek, nieśpiesznie jednak. Postanawiam przejść się przez park, by móc dotknąć natury, poczuć ją na sobie. Jestem spokojna, oddech spowolniony, robię głębokie wdechy i wydechy, przysłuchując się świergoczącym ptaszynom. Jakież jest moje zdziwienie i poczucie krzywdy, nagle dominujące całą moją świadomość, poczucie krzywdy tak silne, że zepchnięte na drugi plan jedynie przez równie nagłą chęć mordu, gdy spada na mnie nic innego, jak ptasia kupa. Jasnobrązowa, rozpłaszczona ptasia kupa. Zajmuje około trzy centymetry mojego przedramienia. Spływa. Cholera jasna, spływa! Przerzucam więc swoją drugą, nieskażoną rękę za siebie, celnie wkładając ją do bocznej kieszeni torebki, niczym Michael Jordan za czasów swojej świetności w lidze NBA zdobywający decydującego kosza. Zaciskam palce na antywirusowej chusteczce higienicznej i ze sprawnością handlarza nawozem zbieram ptasią kupę. Następnie szoruję skórę żelem antybakteryjnym, schnącym w 30 sekund (wg etykietki). Ty mały zasrańcu, gwarantuję, że Green Peace by ci nie pomógł, gdybym dorwała cię w moje łapska. Piórko po piórku, słyszysz? Ty niedoszłe wypełnienie kołdry? Słyszysz? No. Wracam do domu.

Kwiatuszek kwitnie, drzewko się zieleni. W domu ponownie szoruję rękę i dzielę się traumą z kolegą. Kolega dobry, bo nie tylko wyrozumiały, ale i jeszcze dobrą radą na duchu podnoszący. Otóż, według niego, zamiast przejmować incydentem, powinnam się cieszyć, że krowy nie mają skrzydeł i na drzewach nie przesiadują. Co prawda to prawda. Postanawiam więc naprawić zepsuty dzień, chwytam za kocyk, zabieram książeczkę i dziarsko maszeruję na pobliski placyk, gdzie jest dużo trawy i mało drzew. Bardzo mało drzew. Przybywam na miejsce, rozkładam kocyk na trawie i siebie na kocyku. Za długa niestety urosłam, lub za krótki kocyk kupiłam, wyciągam się więc na brzuszku tak, że głowa spoczywa położona na zgiętych i ułożonych przede mną łokciach, które to z kolei spoczywają częściowo na trawce, częściowo na kocyku. Pozycja wygodna, a do tego można zapachem świeżej trawki się rozkoszować. Tu jednak coś się nie zgadza. Co więcej, coś śmierdzi. Otwieram więc przymrużone wcześniej oczy, by w momencie uzyskania pełnej ostrości obrazu dokonać kangurzego niemal odskoku. Otóż to, co powinno się znajdować w plastykowym worku w koszu z obrazkiem pieska i małej piramidki tuż przy pieskowym zadku, znajdowało się 2 centymetry od końca mojego nosa. Cholera jasna. Doceniam jednak, że w porównaniu z wcześniejszym doświadczeniem, to były 2 centymetry szczęśliwego trafu. Zabieram swój kocyk.

Kwiatuszek kwitnie, drzewko się zieleni. Mój kocyk i ja znajdujemy się na drugim końcu skwerku. Wygrzewanie pleców jest takie relaksujące. I edukujące. Dzięki temu jestem w stanie zrozumieć koty spędzające większość zimy na domowych grzejnikach. Mrrr. Tak, chwilo trwaj. Ciszę przerywa nadchodząca grupka młodocianych Angoli. Weseli bardzo, rozkładają swój jeden kocyk i na oko trzydzieści puszek piwa, by rozpocząć piknik. Trudno, w końcu nie mam wyłącznej autoryzacji na ten skwerek, jakoś będzie – myślę, by po chwili zmienić zdanie. Wyrostkom się nudzi, wyrostki znajdują sobie rozrywkę. Jak to mówią, mężczyzna od chłopca różni się wielkością i ceną pożądanych zabawek. Ewidentnie, wyrostki od przedszkolaków różnią się skalą dźwięku, co dane mi jest poznać, gdyż w ramach wspomnianej rozrywki urządzają sobie zawody – kto głośniej beknie lub…

Kwiatuszek kwitnie, drzewko się zieleni a mi z wściekłości ślina się pieni.

Dobrze, że lato już minęło.

Reklamy

One thought on “Lato 2010

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s