Granice przesunięte

Einstein powiedział, że „Dwie rzeczy nie mają granic – wszechświat i ludzka głupota”. Po czym dodał „Choć nie jestem pewien odnośnie tego pierwszego”.

I tak jak miałam pewne wyobrażenie o kosmosie, tak samo miałam pewną ideę o limicie głupoty. Do wczoraj, kiedy otrzymałam list z biblioteki.

Wszystko zaczęło się w poniedziałek, rano, dokładnie o 8.50. Budynek jest otwierany o 8.00 ale do 9.00 recepcja pozostaje nieczynna, nie można więc dokonywać zwrotów lub wypożyczeń, przynajmniej nie tych z udziałem pracownika biblioteki. Na taką okazję przygotowane są automaty do samoobsługi – wkłada się kartę – id studenta, skanuje kod książki, a następnie wrzuca ją do czegoś co wygląda jak duża skrzynka na listy. Na koniec wyskakuje bilecik – potwierdzenie. Wykonawszy te wszystkie czynności, zadowolona i lżejsza o jakieś 5kg druku, poczłapałam na zajęcia.

Tutaj dodam, że jedna z książek, którą oddawałam miała załączoną płytkę CD. Miejsca na płytkę w książce były dwa: koperta przyklejona do wnętrza przedniej okładki i koperta przyklejona do wnętrza tylnej okładki.

Wtorkowy poranek urozmaicił listonosz, który przyniósł mi polecony z biblioteki. Z treści wynikało, że starsza bibliotekarz, której nazwisko przytoczę na końcu opowieści, sprawdziła oddaną przeze mnie książkę i stwierdziła brak CD na pierwszej stronie. Uprzejmie prosi mnie o zwrot lub zapłatę 50 funtów w przypadku zgubienia (swoją drogą, to nie wiem jaka płytka kosztuje 50funtów, chyba z platyny, tym bardziej, że załączone są kopie, a nie oryginały). Nie zdziwiło mnie to, gdyż sama stwierdziłam brak CD na pierwszej stronie, na krótko przed tym, jak ją odnalazłam na stronie ostatniej. Tak więc siedząc chwilę w bezruchu, rozważałam śmiech i płacz, by w końcu, oderwawszy opadnięte ręce, sięgnąć po telefon i zadzwonić pod numer podany przez panią starsza bibliotekarz.

Rozmowa była krótka, zapytałam, czy zajrzała na ostatnią stronę, pani na chwilę zniknęła, a po powrocie oznajmiła, że „ups, bardzo przepraszam za zamieszanie, płyta była na końcu książki”.

Pytanie do ogółu: czy naprawdę łatwiej jest napisać list, wydrukować, wysłać go pocztą, co kosztuje, mimo, że email odbiorcy jest w tej samej bazie, z której wzięło się jego adres, niż poświęcić pół sekundy więcej na zajrzenie na tył książki?

Słowo wyjaśnienia – Angole to naród procedur. Procedury mają wszyscy – pielęgniarki, bibliotekarze, mleczarze, wszyscy. Procedury zazwyczaj wyglądają jak diagramy, które z daną zaistniałą sytuacją mają powiązane przewidziane akcje/reakcje. Idę o zakład, że procedury tej pani zawierały fragment „sprawdź obecność załączników na pierwszej stronie” bez dodatku „jeśli nie ma płyty na pierwszej stronie, sprawdź ostatnią”. Procedury są fajne, wygodne, rozwiązują dużo problemów. Zwłaszcza jeden, największy: brak zdolności samodzielnego myślenia.

Aha, obiecane nazwisko pani starszej bibliotekarki – Lillicrap. Nazwisko ciekawe, bo po przepołowieniu tworzy imię i nazwisko: Lilli Crap. Dla tych, którym znaczenie „crap” jest obce, proponuję kliknąć tutaj.

Reklamy

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s