Zarażenie podróżą

„Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.”
Ryszard Kapuściński

Zgadzam się z Panem Kapuścińskim i niniejszym donoszę, o kolejnych etapach rozwoju mojej choroby.

Warszawa – Berlin – Amsterdam
Grudzień 2009 potwierdził słowa Marii Dąbrowskiej: „marzenia zwykle się spełniają, ale nie tak i nie wtedy, kiedy tego pragniemy”. Otóż marzenia o białej polskiej zimie ziściły się około 2 tygodnie przed wigilią, a następnie prysły, zupełnie tak, jak pryska pośniegowa chlapa – złośliwie, nagle, na beżowy płaszcz, kiedy człowiek spieszy się na rozmowę o pracę. O ile obecność śniegu w Boże Narodzenie, lub jego brak, większej różnicy nie robi (orbita stół-kanapa-stół jest od pogody niezależna), o tyle przy planowanym sylwestrze w Zakopanem, ma to już większe znaczenie. +5C na Krupówkach zdecydowało o zmianie planów.
Tak więc zabierając świeżo przybyłego do Warszawy, w dniu 26 grudnia, I. (który zaliczył turbulencje na pokładzie AirFrance i wynikający z nich chlust jogurtem prosto w twarz), ściągając Karolinę i próbując ściągnąć Daniela, udałam się na naradę. Była zwięzła i nieskomplikowana:

Karolina: to co robimy?
I.: jedźmy do Amsterdamu
Karolina, ja: ok

I tak, zamieniając Zakopane na Amsterdam 26go ok. 20, 27go ok.8 wpakowaliśmy się do Karoliny samochodu i ruszyliśmy. Bez GPSa, mapy i kanapek.

Trasa przez Polskę była urozmaicona (żeby nie powiedzieć – nawierzchnia podziurawiona) aż do wjazdu na „autostradę” Poznań-Berlin. Na tymże świeżo wybudowanym odcinku drogi nie było już żadnych ciekawych punktów (podskoków-niespodzianek), ani McDonalda (pamiętajmy, że nie zabraliśmy kanapek)… W zasadzie, były 2 McDonaldy… po przeciwnych stronach autostrady, połączone wiaduktem, oba… prawie wybudowane i prawie czynne. Może mój zdrowy rozsądek nie jest tak zdrowy jak mi się wydaje, ale czy nie byłoby sensowniej najpierw skończyć jedną restaurację i czerpać dochód z jej działalności? Tym bardziej, że kierowcy podróżujący w obie strony mogą z niej korzystać, bo przecież jest WIADUKT!!! Tak więc po kilku bramkach taksujących 11zł/parę marnych kilometrów i kilku godzinach, ku naszej radości znaleźliśmy się na wąskiej, dziurawej drodze (trakcie), która doprowadziła nas do Niemiec i niemieckiego McDonalda. Frytki nigdy wcześniej nie były tak smaczne…

Z pełnym żołądkiem lepiej się myśli, zastanowiwszy się więc czego możemy, strudzeni wędrowcy, potrzebować w niedalekiej przyszłości, zakupiliśmy misiowe żelki Haribo i mapę. Tak, papierową, drukowaną mapę, bez migających strzałek i pani mówiącej „za-sto-metrów-skręć-w-lewo”. Z mapą tą dotarliśmy do Berlina, by obejrzeć mur berliński, którego nie ma. Po zgubieniu się w centrum, doszliśmy do wniosku, że ten mur, skoro go nie ma, to pewnie był gdzieś, gdzie i my byliśmy (jako zgubieni wędrowcy zjeździliśmy centrum kilka razy, wzdłuż, wszerz i dookoła), więc podjęliśmy rozpaczliwą próbę opuszczenia tego molochu. Otóż Berlin, jest jednym z tych miast, do których łatwiej wjechać, niż wyjechać. Odkryliśmy również magiczną drogę krajową (a90, o ile mnie pamięć nie myli), biegnącą we wszystkich możliwych kierunkach. W końcu, zdesperowani, opuściliśmy samochód i drepcząc chodnikiem zaczepiliśmy niemiecko wyglądającą kobietę, pytając o drogę:

I.: czy wiesz jak się wydostać z centrum na autostradę?
kobieta: a dokąd chcecie się dostać?
Karolina: do Amsterdamu
kobieta: piechotą?

Nie wiem, czy bardziej absurdalna była odpowiedź ‚do Amsterdamu’, będąc w centrum Berlina, czy pytanie ‚piechotą?’… Grunt, że się udało.

Po kolejnych wielu kilometrach, spotkaniu polskich kierowców busa na stacji benzynowej, zgubieniu się podczas polowania na motel (był środek nocy), dotarliśmy do hotelu, w Holandii. To była jedna z tych chwil, kiedy było mi obojętne, czy będę spała na pryczy, sianie czy w pokoju z cywilizowanym łóżkiem. Nikt nie powinien spędzać w samochodzie 16 godzin…

Dnia następnego zawitaliśmy w Amsterdamie.

Amsterdam
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, jeszcze za szybą samochodu, to ilość rowerów na ulicach, parkingach, łódkach, chodnikach. Liczone raczej w tysiącach, niż setkach. W sumie, na ok. 700 000 mieszkańców Amsterdamu, jest ok. 1 000 000 rowerów i ok. 500 000 samochodów. Siłą rzeczy, brak rzucających się w oczy otyłych wyznawców Nintendo.

Drugie spostrzeżenie, już spoza zamkniętej przestrzeni samochodu, to słodki, relaksujący zapach ‚zielarski’, roznoszony w centrum przez co niektórych turystów i co niektórych miejscowych.

Z tego, co udało mi się zapamiętać, z tego co widzieliśmy:

Kanały – płynąc łódką, dowiedzieliśmy się, że średnio 1 samochód tygodniowo tonie w jakimś kanale, mimo inwestycji miasta w liczne balustrady.

Kościoły – nieużywane, zostały zamienione na bary i kluby nocne. Najstarszy – gotycki, jeszcze funkcjonuje jako kościół, mimo miejscówki w środku dzielnicy Czerwonych Latarni.

Muzea – dzielnica licznych galerii, wystaw, muzeów i niezliczonych tłumów w kolejkach. I tak, po ok. 40min udało nam się dostać do muzeum Van Gogha. Po raz pierwszy, od czasu wizyty w Louvrze, biegałam od gablotki do gablotki i od obrazka do obrazka, wykrzykując ‚ależ to naprawdę ładne’… Miał w prawdzie hopla na punkcie wsi (poza tym, że ogólnie miał hopla), ale mimo to, trudno byłoby się znudzić namalowanymi przez niego stogami siana. Do tego, czy wiedzieliście, że interesował się sztuką japońską? Też mu to wychodziło.

Dzielnica Czerwonych Latarni – miejsce, które zwiedza się za dnia, lub odwiedza wieczorową porą. Choć można i wcześniej, bo już ok. 11 okna wystaw są poodsłaniane, a w nich, uśmiechnięte, machające do przechodniów panie, spragnione towarzystwa i pieniędzy.

Różowe Punkciki – obecne w centrum kioski z informacjami dla gejów i lesbijek. Zastanawiało mnie, cóż to mogą być za informacje (instruktaż?!), lecz nie na tyle mocno, bym do takiego wstąpiła. Nie wiem, czy bym chciała, by Warszawa była aż tak ‚nowoczesna’.

Marihuana – nie tyle legalna, co tolerowana. Innymi słowy, można ją zakupić w ‚kawiarniach’ i w kawiarniach wypalić lub spożyć, lecz w określonych ilościach i miejscach. Ze statystycznego punktu widzenia, genialne rozwiązanie. Raz, że szkodliwość społeczna jest minimalna, żeby nie powiedzieć żadna – osobiście wolę, by moje pieniądze podatnika szły na łapanie złodziei i morderców, niż studentów na haju, których największym przestępstwem jest śmianie się z własnego odbicia w lustrze (w przeciwieństwie do alkoholu, marihuana nie wywołuje agresji; bardziej prawdopodobne są stany lękowe, a czy widział ktoś kiedyś przerażonego królika, który ze strachu idzie wchromolić wilkowi?). Dwa, że zmniejsza to, lub likwiduje, nielegalny rynek, bo po co kupować u jakiegoś lewego, podejrzanego typa, skoro można w ciepłej, przytulnej kawiarni? Trzy, najbardziej kusi to, co zabronione – w Holandii ok. 7% społeczeństwa przyznaje, że pali od czasu do czasu, podczas gdy do regularnego używania przyznaje się ok. 2%; w pozostałych krajach UE waha się to od 15 do 40.
Generalnie, przestępczość w Holandii jest niska, w porównaniu do reszty krajów UE i statystycznie, przestępstwa są dokonywane przez obcokrajowców. Bo jeśli zalegalizujemy pro
stytucję i marihuanę, wychowamy młodzież w przekonaniu, że wszystko wolno, a zarobki będą odpowiednio wysokie, to przeciw czemu społeczeństwo miałoby się buntować lub kogo przekupywać?

Angielski – świetnie mówi każdy: bankowiec, sprzątaczka, emeryt, przedszkolak. Najdziwniejsze było dla mnie to, że kierowcy autobusów w Amsterdamie, mówią czystą, płynną angielszczyzną, podczas gdy kierowcy autobusów w Londynie, niekiedy nie potrafią nazwać tego, czym kierują.

miasteczko pod Berlinem
Zwiedziwszy z grubsza co zwiedzić z grubsza należało, dnia 30 grudnia postanowiliśmy spędzić sylwestra w Berlinie. Używszy Internetu, zarezerwowaliśmy nocleg 31grudnia/1stycznia w pensjonacie w miasteczku pod Berlinem, gdyż była to jedyna opcja w cenie nie wołającej o pomstę.

Następnego ranka opuściliśmy Amsterdam, a około godziny 20 znaleźliśmy się w pobliżu naszego miasteczka – ciemnego, cichego, wyludnionego, przysypanego śniegiem – po to tylko by, szukając naszego pensjonatu, odkryć że, za miasteczkiem jest wioska, za wioską – kolonia, za kolonią – szczere pole, a za szczerym polem – gęsty las. Na tym etapie mieliśmy drzwi zablokowane i omówiony plan „jak przeżyć atak mutantów-kanibali”, okazało się jednak, że w gęstym lesie nie ma żądnych krwi potworów, ale za to jest sporo drewnianych, ogrzewanych domków kempingowych, a dwa z nich czekają na nas. Jak tylko zapłacimy za nocleg. Gotówką, której nie mieliśmy. Po kilku minutach tłumaczenia po angielsku, mówiącemu po niemiecku Hansowi-recepcjoniście, że my iść miasto bankomat i wracać, pojechaliśmy przez las, pole, kolonię i wioskę do stacji benzynowej. Zaopatrzywszy się w gotówkę, wróciliśmy, zapłaciliśmy, dostaliśmy kluczyki, weszliśmy do domku i wtedy też zorientowaliśmy się, że jesteśmy głodni, a nie mamy nic poza zimnymi frytkami z McDonalda. A noc sylwestrowa długa. Woda z kranu wątpliwie zdatna do picia. Więc znów do samochodu (tak, las, pole, etc.), stacja benzynowa, żelki Haribo, chipsy, szampan i woda mineralna. Las, pole, etc. Znowu w domku, tym razem wykończeni. Ale Sylwester to Sylwester, coś robić trzeba. Podgrzaliśmy więc frytki na kaloryferze i zapewniliśmy sobie rozrywkę… filmową. Do oglądania był jedynie Harry Potter. Na iPod touch. Prawie jak Sylwester w Berlinie.

Reklamy

2 thoughts on “Zarażenie podróżą

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s