Zgniłe szczęście

Jedno z praw Murphy’ego stwierdza, że „iloraz inteligencji na populację jest stały. Im więcej ludzi, tym więcej debili”. Nie wiem, czy jest jakaś reguła dotycząca szczęścia (popularnie zwanego fartem), jednak jestem gotowa zaryzykować podobną hipotezę – ilość powodzenia na osobę jest stała, im większy fart w danej chwili, tym więcej zimnej wody w przyszłości. Oby, oby licznik zerował się 31 grudnia…

A skąd te ponure wynurzenia. O, a stąd:

1. Sąsiedzi

Moje przemiłe lokum w akademiku, zmieniło się na tydzień w piekiełko na ziemi. W czasie tygodniowych ferii (26 października – 1 listopada) z okazji połowy semestru, do mojego sąsiada przyjechała w odwiedziny dziewczyna. Z wyglądu słodkie, puste i dwu-kucykowe ruchadełko. Bliżej nie poznałam. Ale słyszałam. Otóż przywiozło ze sobą (niestety zostawiając na przechowanie i dalsze użytkowanie) ekwipunek do DJowania. I to nie byle czego – dudniącego, pozbawionego sensu, wyprowadzającego z równowagi w 30 sekund t e c h n o. A gdzież owo cudo wylądowało? Przy ścianie dzielącej mój pokój od tego pawiana, przy tej samej ścianie, przy której znajduje się moje cieplutkie łóżeczko! Wiem to dokładnie, nawet ślepiec by zdążył zapoznać się z wnętrzem sąsiedztwa po ilości odwiedzin i kulturalnego proszenia o ściszenie, które odbyłam. Oczywiście, kulturalnie ściszano. Na 15 minut.
Trzeciego dnia straciłam cierpliwość, udałam się do pani zwanej Manager Wspomagania Studentów i po odegraniu chlipiąco-rozpaczającej scenki zostałam nr 1 na liście osób do przeniesienia do akademika dla hm… osób zdrowych inaczej. Cichszych nie mają.
Pozostało jednak czekanie, gdyż abym mogła się wprowadzić, ktoś musi się wyprowadzić, a to może potrwać tydzień. Albo dwa. Albo miesiąc. Czekanie w rytmie techno to nic zabawnego, postanowiłam więc sama zawalczyć o moją prywatną ciszę.
Profilaktycznie, gdyby walka zakończyła się klęską, zakupiłam przez internet 10 par zatyczek do uszu, specjalnie miękkich, do spania, ograniczających hałas o 32 decybele. Tytuł tego posta nie zawierałby w sobie ‚zgnilizny’ gdyby zatyczki dotarły jak przewidywała transakcja – dnia następnego. O nie. Poczta postanowiła strajkować tego dnia, kiedy złożyłam zamówienie, skutkiem czego czekałam na nie tydzień.
Odchodząc od tematu profilaktyki, a wracając do ofensywy, po naradzeniu się z Ihabem i uwzględnieniu uczonych i ich zwierząt, postanowiłam zastosować taktykę ‚Pies Pavlova’. Otóż ściana w kuchni jest pozbawiona wszelkiej izolacji (ściana w pokoju ma izolację w postaci biurka po drugiej stronie..) i dzięki temu słychać wszystkie słowa, lub cmoknięcia. Ze szklanką przy ścianie i uchem przy szklance (to naprawdę działa, zupełnie jak w filmach) namierzałam moment, kiedy dwoje młodych, zakochanych przestanie w końcu kłapać jadaczkami i zajmie się sobą. Łatwo poznać, bo idiotyzmy o których rozmawiają zamieniają się w ‚cmok cmok’. Następnie, co by nie być zbyt obrzydliwą, odstawiałam szklankę, odczekiwałam jakieś 15 minut i szłam dzwonić, pytając, czy mieliby coś przeciwko ściszeniu muzyki. Ops, przyszłam nie w porę? Numer wystarczyło powtórzyć 2 razy, bo kiedy poszłam tam po raz kolejny, słyszałam tylko chóralne „o nie, znowu!”, muzyka milkła, nikt mi jednak już drzwi nie otworzył. Wniosek taki, że sąsiad i jego dziewczynka są przynajmniej tak bystrzy jak podwórkowy Burek.
Panienka w końcu wyjechała i problem się ograniczył, bo teraz techno jest puszczane tylko przez około godzinę, ok. 18, kiedy to sąsiad szykuje się do swojej codziennej libacji (wspominałam, że jest młodocianym alkoholikiem?). Trzeba mu jednak przyznać, że w nocy nic nie gra (chyba włączenie tego sprzętu stanowi zbyt duże wyzwanie dla kogoś po kilku głębszych). Miał wprawdzie zwyczaj dzwonienia nad ranem do drzwi i uciekania (pojawiło się to po akcji pies P.), ale to załatwiłam rozkręceniem dzwonka i wetknięciem tekturki między blaszki, blokując wszelkie drżenia. Kochani młodzi Brytyjczycy.
Zatyczki w końcu przyjechały i rozkoszuję się przebywaniem w totalnej, wolnej od wszelakich dudnień, ciszy.

2. Telefon

Postanowiłam zmienić operatora. Miesiąc temu. To swoją drogą temat na oddzielny post – co można usłyszeć w tle, kiedy połączyło się z infolinią w Indiach…
Aby zachować swój dotychczasowy numer, poprosiłam o kod PAC, który ma ważność do 11 listopada. Proces wygląda tak, że jak już wybiorę nowego operatora, kupuję od niego nową kartę SIM, podaję tenże kod i po 24 (czasem 48) godzinach numer jest przeniesiony.
Ale nie w moim przypadku.
W poniedziałek podreptałam do Vodafone. Podpisałam miesięczny (to akurat przejaw farta) kontrakt z 30 dniowym okresem wypowiedzenia. Po podpisaniu umowy, żegnam się, zadając ostatnie pytanie – pod jaki numer dzwonię, żeby podać kod PAC? Panienka zdziwiona – nie ma takiego numeru, już na to za późno, w Vodafone robimy to tylko przed podpisaniem umowy. Tu nastąpiła pewna wymiana zdań (czemu mi nie powiedziano i czemu się nie upewniła, że nie chcę zachować starego numeru etc.), zakończona zerwaniem umowy w 8 minut po jej podpisaniu i pisemną skargą na babsztyla bezczelność. Żeby nie było, w ciągu tych 8 minut zaczął mnie obowiązywać 30 dniowy okres wypowiedzenia, tak więc 8 listopada zostanie z mojego konta skasowane 12 funtów, które to stanowi opłatę za okres od 2 listopada do 8 grudnia (okres rozliczeniowy). Jako, że umowa wygasa 2 grudnia, zamierzam ubiegać się o refundację 3 funtów (10 dni od 2 do 12). Nie popuszczę.
Wściekła wyszłam z Vodafone i podreptałam prosto do Orange – w końcu mój kod PAC wygasa 11 listopada, muszę więc mieć nowego operatora/kartę SIM. Oferta, o której myślałam została wycofana pod koniec poprzedniego miesiąca (w poniedziałek był 2 listopada, przez koniec miesiąca pani miała na myśli 2 dni wcześniej…). Wściekła (Vodafone) i rozczarowana (Orange) podreptałam do O2. O2 ma promocję! Jeśli kupi się usługę przez internet dostaje się naprawdę sporo minut za połowę mniej niż jak się kupuje w sklepie. Obsługa uprzejma, pomocna informuje mnie, że mogę kupić przez internet w sklepie i siada ze mną, by przejść przez procedurę. Dochodzimy do adresu billingowego, który musi być dokładny, gdyż inaczej transakcja nie zostanie zakończona, a mój numer karty płatniczej będzie w O2 zablokowany przez miesiąc. I co? I się okazuje, że mojego adresu nie ma w bazie danych, z której korzysta ich system i nie ma możliwości zakupu. Serio.
Z O2 wyszłam z nową kartą SIM, bez abonamentu jednak, bo w końcu osobom mieszkającym na 14 piętrze nie przysługuje abonament (tak, tak, adresy się zgadzały dla pięter 1 – 13). Przynajmniej mój kod PAC został sprawnie przeniesiony i nie muszę się użerać z poprzednim dostawcą.

Fajnie, co?

Reklamy

One thought on “Zgniłe szczęście

Zostaw komentarz, będzie mi miło! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s